Derby Trójmiasta, niezależnie od aktualnego położenia obu drużyn w ligowej tabeli, za każdym razem rozgrzewa nie tylko lokalną społeczność, ale i również nas Ligowców. Dzisiejsza konfrontacja będzie niezwykle istotna zarówno dla gospodarzy jak i dla gości. Ekstraklasowa już Lechia Gdańsk po raz pierwszy wystąpi przy rekordowej publiczności na swoim pięknym obiekcie, a Arka Gdynia zagra o upragniony od lat awans do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Do czterech razy sztuka – w taką wersję popularnego powiedzenia zdają się wierzyć piłkarze i kibice Arki. W parze za wieloletnimi ambicjami powrotu klubu z Gdyni do Ekstraklasy w tym sezonie zaczęła iść bardzo dobra dyspozycja całego zespołu. Arkowcy mają za sobą bardzo równe miesiące na boiskach Fortuna 1 ligi, w czasie których seriami zdobywali punkty, czyniąc m.in. ze swojego obiektu twierdzę nie do zdobycia. Po wielu długich latach wyczekiwania udało się również odczarować derbową niemoc i wygrać najważniejszą, ligową potyczkę z Lechią (1:0 w listopadzie). Dziś, do pełni szczęścia brakuje już tylko punktu – zdobyczy, jakiej w listopada nikt nie zdołał wywieźć z przepięknego obiektu w Gdańsku, który w niedzielny wieczór zapełni się po brzegi.

Oba zespoły więc wyjdą w niedzielny wieczór napędzone wydarzeniami z ostatnich tygodni. I o ile zwycięstwa Arki nad Zagłębiem Sosnowiec czy Resovią nie sprawiają, że szczęka opada do podłogi, o tyle triumf Lechii nad Wisłą w Krakowie i seria ośmiu zwycięstw w Gdańsku już bardziej. Tyle tylko, że wszystkie te ostatnie, ligowe wydarzenia mogą nie mieć kompletnie żadnego znaczenia w dzisiejszej, derbowej konfrontacji, która zdaje się obciążać większym ciężarem gatunkowym gości z dwóch powodów. Po pierwsze Arkowcy (osłabieni brakiem Janusza Gola i Dawida Gojnego) są o krok, a dokładnie punkt od awansu, a po drugie wciąż są naznaczeni nie najlepszą serią przeciwko swojemu odwiecznemu rywalowi.

Raz się wygrywa, a raz remisuje – mniej więcej tak właśnie wyglądała do listopada derbowa rzeczywistość Lechii, która przez ostatnie lata nie miała litości dla Arki. Uwzględniając wszystkie potyczki (20 spotkań) obu zespołów w XXI wieku, biało-zieloni przegrali zaledwie trzy – w tym to ostatnie, wspomniane przed chwilą w śnieżny, listopadowy wieczór, który mieliśmy okazję poczuć na własnej skórze. – Mam tylko nadzieję, że nie spadnie śnieg i mecz odbędzie się w dobrych warunkach – oznajmił najszczęśliwszy w ostatnich dniach człowiek, jakim bez wątpienia jest Szymon Grabowski. Trener dla którego nie było rzeczy niemożliwych kiedyś w Resovii, a dziś w wracającej do Ekstraklasy Lechii Gdańsk.

Niebywałe biorąc pod uwagę wszystkie wydarzenia sprzed kilku miesięcy, kiedy to w Gdańsku brakowało dosłownie wszystkiego – zawodników, koszulek, organizacji, w którą uwikłany był nawet sam Dawid Podsiadło ze swoim koncertem w dniu ewentualnego barażu. A w Gdyni trybuny świeciły pustkami i pełno było napięć na linii kibice-klub. – To też jest bezprecedensowa sytuacja, bo będą to pierwsze derby na tym stadionie z kibicami Arki na trybunach – wspomniała na naszym live Karolina Jaskulska z portalu lechia.net. Dziś nastał więc długo wyczekiwany powiew świeżości i moment piłkarskiej godności w Trójmieście. Miejscu, które po trzech latach od rozegrania finału Ligi Europy pomiędzy Villarrealem i Manchesterem United doczekało się kolejnego, prawdziwego, derbowego finału tego sezonu w obecności rekordowej, ponad 36 tysięcznej publiczności.

Hubert Mikusiński