
Są kluby obok których nie można przejść obojętnie. Kluby, które nie umierają tylko oddychają historią i piszą ją na nowo, udowadniając, że pewne rzeczy w piłce są stałe. Pewnych rzeczy nie da się kupić, ani tym bardziej sprzedać. Ruch Chorzów w nieprawdopodobnych okolicznościach i w nieprawdopodobny sposób wraca na swoje miejsce, w którym od zawsze był mile widziany. Wraca do Ekstraklasy!
– Bez Was ch… byśmy zrobili. To jest Wasz sukces, gratuluję Wam – powiedział rok temu po awansie z Motorem Lublin do II ligi Tomasz Foszmańczyk. Symbol i weteran Ruchu, który przez ostatnie lata przeszedł z chorzowskim klubem przez piekło. Od spadku do III ligi i ostatniego miejsca z ujemnym dorobkiem punktowym, przez promocje do II ligi wywalczoną na trzy kolejki przed końcem rozgrywek i kolejny, pierwszy w dziejach awans z trzeciego poziomu na drugi. Jedyny, który dotrwał i doczekał takich momentów, jak te w sobotę…
Było ich wiele… Od bezbramkowego remisu na inaugurację ze Skrą Częstochowa, przez decydujące o losach meczu bramki z Sandecją Nowy Sącz, Chrobrym Głogów i ŁKS-em Łódź, aż po sygnał do ataku w decydującym meczu z Tychami. Fosa z Ruchem dźwignął ciężar historii, oczekiwań, ograniczeń i przeszkód, które Niebiescy z roku na rok przeskakiwali. Najpierw w II lidze z niższym budżetem niż inni, a chwilę temu na zapleczu Ekstraklasy, mierząc się z prywatnymi i silnymi zespołami jak Bruk-Bet Nieciecza, Wisła Kraków czy Arka Gdynia lub możnymi, dotowanymi milionami z miasta drużynami jak Podbeskidzie Bielsko-Biała, GKS Tychy, czy Zagłębie Sosnowiec.
Niekiedy wyszydzany. Przed sezonem lekceważony i niedoceniany Ruch, z niezwykle pewnym, broniącym wiele strzałów Jakubem Bieleckim i strzelającym wiosną jak na zawołanie Danielem Szczepanem – KOZAKIEM KOLEJKI (łącznie 14 goli) dokonał rzeczy – wydawać się mogło – niemożliwej do wykonania. Trzy razy z rzędu spadali, ale za każdym razem, rok po roku (poza pandemiczną przerwą) wracali silniejsi. Najpierw z Łukaszem Beretą, a później z idealnie wpasowanym w ten swojski, rodzinny, chorzowski klimat Jarosławem Skrobaczem na ławce trenerskiej, któremu pomagali ludzie stąd, byli zawodnicy Niebieskich – Jan Woś i Wojciech Grzyb.
Po sześciu latach naznaczonych awansami, spadkami, ligową tułaczką, długami, walkami o dotacje, manifestacjami, bojkotami, wygnaniem, Niebiescy wracają do Ekstraklasy. Napędzani siłą woli zawodników z regionu, którzy zrobili wynik ponad stan. Mocą oddanej społeczności (m.in. stowarzyszenie Wielki Ruch i zagraniczne fancluby) oraz determinacją Seweryna Siemianowskiego, Marcina Stokłosy, Marka Godzińskiego i wielu, wielu innych osób. Ruch Chorzów to renoma, szacunek, nawet w oczach największych rywali, ale również wielka tradycja i historia, jakiej w ostatnich latach na polskich boiskach nie napisał nikt.
Jeszcze raz g(R)atulujemy! Będzie nam Was brakowało w LIGOWCU.
Hubert Mikusiński
