Na początku miała być to tylko chwila. Później zaczęła się niepokojąca, ligowa prawidłowość zakończona najgorszym miejscem w historii na koniec poprzedniego sezonu. Dziś mamy już do czynienia już z prawdziwym fatum. Wisła Kraków nie po raz pierwszy, przy komplecie publiczności pośliznęła się przy Reymonta na skórce od banana i kolejny, czwarty już sezon spędzi w okopach zaplecza Ekstraklasy.

Pierwsze podejście po spadku miało przynieść błyskawiczny powrót na boiska Ekstraklasy, ale na drodze Wisły Kraków przy Reymonta stanęły Żubry z Niepołomic, które kilka dni później wkroczyły do Ekstraklasy. Rok później zamiast awansu była najgorsza pozycja w krajowej hierarchii ligowej biorąc pod uwagę dziś już prawie 120-letnią historię krakowskiego klubu. W czwartek również się nie udało. W trzecim podejściu do Ekstraklasy tym razem Biała Gwiazda nie wytrzymała zderzenia z Miedzią Legnica, która w niedzielę o powrót do elity po dwóch latach zagra już z inną Wisłą, tą z Płocka.

Do tego sezonu – wydawać by się mogło – najbardziej przeklętą piłkarsko drużyną za zapleczu Ekstraklasy była Arka Gdynia, która przez ostanie pięć lat przechodziła przez istne, barażowe piekło. Dziś nie ma wątpliwości, że na takie miano zasługuje Wisła Kraków, która w tym sezonie do bólu przypominała kostkę do gry. Raz na Śląskim z Ruchem Chorzów (wygrana 5:0) wypadła szóstka. Innym razem trafiły się dwie piątki ze Stalówką, a kolejnym jedynka (porażki 0:1) ze Zniczem Pruszków i Wartą Poznań. W czwartek z Miedzią Legnica też nie wylosowało się najlepiej, bo to zdyscyplinowani goście po raz kolejny w tym sezonie okazali się przeszkodą nie do przeskoczenia.

Przez ostatnie dwa sezony, dla wielu, piłkarskich obserwatorów Wisła Kraków zdawała się mistrzem w zaklinaniu rzeczywistości. Głód Ekstraklasy dokarmiony Pucharem Polski i udaną przygodą w Europie nie zawsze mógł pozwolić na trzeźwą ocenę sytuacji, ale tym razem zdawało się być inaczej. Biała Gwiazda pod wodzą Mariusza Jopa miała swoje lepsze i gorsze momenty. Miała również pełną świadomość tego, że takie mecze jak przed ostatnie lata, gdy na ostatniej prostej nie udawało się pokonać np. Zagłębia Sosnowiec powtórzyć się już nie mogą.  Mimo to odgonić demonów z przeszłości się nie udało. Dwa ostatnie kroki do bram raju zakończyły się rozpaczliwym pukaniem o obramowanie bramki rywali i przeraźliwą ciszą, która ogarnęła w czwartek obiekt przy Reymonta.

Przeklęte po spadku zaplecze Ekstraklasy po raz kolejny okazuje się być prawdziwą drogą bez powrotu. W tym sezonie boleśnie przekonał się o tym Ruch Chorzów, przekonał się ŁKS Łódź, przekonała się Warta Poznań i przekonuje się z każdym rokiem Wisła Kraków, do której w kolejnym sezonie dołączy m.in. Puszcza Niepołomice, Śląsk Wrocław, Stal Mielec oraz Pogoń Grodzisk Mazowiecki i Polonia Bytom. Tyle tylko, że żadna z tych wymienionych drużyn wcale nie musi być największym rywalem krakowskiego zespołu w walce o upragniony awans. Większym rywalem zdają się być dziś nie widzialny przeciwnik w postaci demonów przeszłości i narastająca presja, z którą po raz kolejny trzeba będzie się zmierzyć przy Reymonta.

Hubert Mikusiński