Dokładnie pięć lat temu dowiedziałem się o istnieniu Wieczystej Kraków. Wszystko oczywiście za sprawą najbardziej nieoczywistego transferu, jakim było pozyskanie Sławomira Peszko przez klub występujący na poziomie klasy okręgowej, a później dołączenie do niego Radosława Majewskiego. Wcześniej byli już tam obecny również świętujący dziś swój drugi awans z tym klubem trener Przemysław Cecherz oraz znani mi z Wisły Kraków – bramkarz Michał Miśkiewicz oraz Emanuel Kumah, na którego wykupienie w tamtych czasach ponoć pieniędzy nie miała Biała Gwiazda. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że całkiem fajna promocja – piłkarz, którego nazwisko wywołuje gigantyczne emocje i klub zdający się być całkowicie oderwany od rzeczywistości niższych lig za sprawą bogatego i prężnie działającego biznesmena Wojciecha Kwietnia. Byłem tylko ciekaw, ile ta zabawa potrwa. Jak się okazało trwa do dziś w najlepsze, bo Wieczysta Kraków właśnie przedostała się przez bramy zaplecza Ekstraklasy, gdzie spotka się m.in. z Wisłą Kraków.

Do pewnej granicy – wbrew wszystkim powiedzeniom – pieniądze nie tylko dają szczęście, ale też grają. Wieczysta Kraków jest tego najlepszym przykładem, bo przebrnąć taką drogę, w takim błyskawicznym czasie malo komu się uda. Polskie PSG uczyniło to z sakwami pełnymi pieniędzy, niezliczoną ilością trenerów i zawodników z bogatą, piłkarską przeszłością, napotykając po drodze wiele przeszkód. Pierwsze z nich pojawiły się w III-ligowym czyśccu, gdzie przez wiele lat, za swoje piłkarskie grzechy pokutowało wiele uznanych marek. Wieczysta spędziła tam dwa sezony, a jej wybawicielem okazał się nagle i trochę niespodziewanie Sławomir Peszko – człowiek, który dla mnie wycisnął z polskiej piłki więcej niż mógł. Tymczasowy trener okazał się dla klubu najlepszym wyborem i do dziś niespecjalnie rozumiem sens pozbycia się go z tego stanowiska.

Przez te wszystkie lata, to właśnie ten przeważnie wyśmiewany, a już na pewno podważany na każdym kroku Peszko zrobił naprawdę dużo, aby Wieczysta Kraków znalazła się tu, gdzie jest obecnie dziś. Najpierw na boisku, gdzie wymagało się od niego sporo, a później na gorącym krześle, jakim była i nadal jest trenerska ławka przy Chałupnika. Na poziomie centralnym, gdzie już zaczynają decydować te słynne detale, to właśnie kapitał wywalczony jesienią pozwolił doczołgać się do strefy barażowej. Dwa mecze, w których decydowały umiejętności ludzi i jakość, a ich większe pokłady od barażowych nieszczęśników z Kalisza i Chojnic (ich trzecie podejście) miała po prostu Wieczysta Kraków z Pawłem Łysiakiem na czele.

Egzystencja Wieczystej Kraków i sam awans na pewno u niektórych może wywołać pewne poruszenie pomieszane z zapytaniem, o sensowność tego projektu – zwłaszcza w tak konkurencyjnym piłkarsko mieście jak Kraków. Oczywiście niewykluczone jest, że ten właśnie klub jest pewną fanaberią właściciela, która może za jakiś czas się skończyć. Ale to raczej nie powód, aby w skażonej i mocno rozchwianej przez publiczne pieniądze polskiej piłce miałbym potępiać właśnie takie projekty. Zwłaszcza, że nasza piłka poza pewnymi wyjątkami przez lata (na szczęście pojawiają się tacy ludzie jak np. Zbigniew Jakubas w Motorze Lublin czy Robert Dobrzycki w Widzewie Łódź) cierpiała na brak osób, które po prostu są skłonne wyłożyć, pewnie też utopić trochę swoich pieniędzy w futbolu. Jedni wolą kupować sobie drogie auta, jachty, inwestować w nieruchomości, a inni jak widać są skłonni poświęcić trochę groszy na piłkę nożną.

Hubert Mikusiński