
O tym, że początek nowego tygodnia do najłatwiejszych nie należy wiedzą prawie wszyscy, a już na pewno grupa zawodowa, jaką stanowią piłkarscy trenerzy. To właśnie wtedy, po ligowej kolejce najczęściej dochodzi do masowych zwolnień, o czym w ostatnim czasie zdążyło przekonać się wielu szkoleniowców. Jedni, jak Krzysztof Brede w Podbeskidziu dość długo testowali cierpliwość swoich przełożonych. Inni, jak zwykle zresztą nie podołali wyzwaniu w Zagłębiu Sosnowiec. A jeszcze inni, jak Przemysław Cecherz i nie tylko trafiali w miejsca, gdzie komfort pracy bywa nieco inny, a trenerów po prostu zmienia się częściej niż skarpetki na stopach.
Tylko w tym sezonie, na trzech najwyższych poziomach rozgrywkowych zdążyło spaść już trzynaście głów. Najwięcej rzecz jasna na zapleczu Ekstraklasy – miejscu pracy, które od pewnego czasu nie gwarantuje stabilnego zatrudnienia na dłuższy okres czasu niż pół roku. Wystarczy spojrzeć tylko na poprzedni sezon, gdzie swoje posady od początku do końca rozgrywek zachowało czterech szkoleniowców (Zub, Stano, Misiura, Brosz). Dwóch z nich zdołało wywalczyć awans zawodowy, a tylko jeden pozostał w stolicy Podkarpacia w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Co więcej Marek Zub powoli dobija swoim stażem do ilości spotkań na ławce trenerskiej przepracowanych przez swojego poprzednika Daniela Myśliwca.
Na taką – co by nie pisać – wyjątkową przychylność szefostwa trenerzy innych klubów liczyć nie specjalnie mogą, o czym przekonali się w ostatnich miesiącach m.in. Dawid Szulczek Ruchu Chorzów, Wojciech Łobodziński w Miedzi Legnica oraz Maciej Stolarczyk, dla którego przesiadka z wygodnego fotela w Polsacie Sport na ławkę trenerską okazała się wyjątkowo bolesnym doświadczeniem (czyt. brak zwycięstwa). W przypadku Górnika Łęczna akurat powiew świeżości w szatni przyniósł pożądany i wyczekiwany sukces w postaci pierwszego zwycięstwa. Na efekt tzw. nowej miotły będą musieli jeszcze chwilę poczekać za to inni – np. w Kaliszu, Bielsku-Biała i Mielcu, gdzie również nie obyło się w ostatnim czasie bez zwolnień z pracy.
O tym, że szkoleniowców w Polsce notorycznie wyrzuca się i zatrudnia, często bez jakiejkolwiek długofalowej koncepcji przekonujemy się na każdym kroku. Miejscem szczególnym pod tym względem zdaje się być pachnący jeszcze nowością stadion, gdzie w ostatnich latach można było usłyszeć nawet hymn Ligi Mistrzów. Kibic Zagłębia Sosnowiec, bo oczywiście o tym klubie mowa, przez lata ligowej tułaczki po różnych poziomach rozgrywkowych przywykł już do tego, że klub ramię w ramię idzie z szeregiem różnych absurdalnych sytuacji. Trudno, aby było inaczej, gdy na koniec rozgrywek, w każdym kolejnym sezonie inicjały na klubowym dresie były zupełnie inne niż te widoczne w letnim okresie przygotowawczym. Zmiana opiekuna drużyny akurat tam stała się już trwającym nieprzerwanie od 21. sezonów z rzędu rytuałem na ławce trenerskiej.
Zbyt dobrego zdania o przedstawicielach rodzimej myśli szkoleniowej zdaje się nie mieć juz Wojciech Kwiecień. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie na przestrzeni ostatnich sezonów. Właściciel Wieczystej Kraków nieustannie kręci trenerską karuzelą w różne strony. Tym razem po awansie, pozycji wicelidera rozgrywek i remisie z Wisłą Kraków oraz porażce z Odrą Opole postanowił po pięciu miesiącach podziękować Przemysławowi Cecherzowi za jego drugie, trenerskie podejście w tym klubie. O tym, że praca akurat w tym miejscu i z tym szefem bywa nagradzana odpowiednim wynagrodzeniem, ale wiąże się również ze sporym ryzykiem przekonało się już sześciu szkoleniowców w przeciągu czterech lat. I zdaje się, że to nie koniec…
Hubert Mikusiński