
Mecze Betclic 1. Ligi rozgrywane tej wiosny na Podkarpaciu delikatnie rzecz ujmując do najciekawszych nie należały. Jedenastu facetów biegających za piłką bez ładu i składu, którzy kompletnie zapomnieli o tym, jak trafiać do bramki rywala, nie wspominając już o wygrywaniu. Stal Rzeszów tylko dzięki dobrej postawie w rundzie jesiennej uniknęła nerwowej szarpaniny o utrzymanie, którego ostatecznie wywalczyć nie udało się imienniczce ze Stalowej Woli.
Jeśli mielibyśmy po weekendzie wskazać piłkarski trójkąt bermudzki wszystkie trzy wierzchołki umieścilibyśmy w granicach administracyjnych Podkarpacia. To właśnie tam, najpierw w sobotę pierwsza ze Stali, ta z Rzeszowa dziesiąty raz z rzędu nie potrafiła wygrać ligowego spotkania (porażka z Polonią Warszawa 1:2). Kilkanaście godzin później w niedzielę, na zapleczu Ekstraklasy po pięciu latach wylądowała Stal z Mielca, a wieczorem inna Stal, ta ze Stalowej Woli dowiedziała się, że jej spadek na II-ligowe boiska stał się faktem.
Biorąc pod uwagę fakt, że niemal przez całe rozgrywki Stalówka spędziła w strefie spadkowej – rozstrzygnięcie to wydaje się być absolutnie naturalne i oczywiste. Wszystkie możliwe szanse przy Hutniczej zostały zmarnowane. Najpierw jesienią, gdy sukces sportowy przerósł możliwości organizacyjno-finansowe, a na boisku wygrywać udało się tylko z Ruchem Chorzów, a później wiosną, kiedy to hurtowo wzmacniana kadra, już z nowym trenerem nie była w stanie odmienić swojego losu.

Okoliczności, w których ten odraczany od Kołobrzegu, z tygodnia na tydzień spadek został przyklepany, nie pozostawiły żadnych złudzeń, że z ligi poleciała właściwa drużyna. Nawet piątkowy zwiastun bukmacherów, spowodowany zawirowaniami w Zniczu Pruszków na kolejną szansę dokonania rzeczy niecodziennych przy Hutniczej okazał się tylko złudzeniem. Stalówka z drużyny kolekcjonującej punkty na własnym terenie w II lidze, na zapleczu Ekstraklasy, nawet po – wydawać by się mogło – konkretnych wzmocnieniach zimą stała się przysłowiowym chłopcem do bicia. Wyjątki od tej reguły stanowiły jedynie spotkania w Chorzowie (3:1) i stolicy (3:2).
Wiosenne ”dokonania” punktowe Stalówki, która po powrocie na swój ulubiony, piłkarski rewir (29 sezon w I lidze) właśnie objęła prowadzenie, jeśli chodzi o I-ligowe spadki w XXI wieku wyglądają i tak lepiej niż ostatnie ”osiągnięcia” imienniczki z Rzeszowa. Stal pod wodzą Marka Zuba w ostatnich miesiącach notuje najgorszą serię od czasu, gdy w II lidze występował podział na grupę wschodnią i zachodnią. – Na siłę są niektórzy wprowadzani do tej pierwszej drużyny – komentował postawę Stali Patryk Małecki. Siła kadry oparta na młodzieńczej fantazji i jej szerokość okazała się niewystarczająca na drugą część sezonu.

Na szersze rozliczenia przy Hetmańskiej i Hutniczej przyjdzie pewnie czas po sezonie. Póki co w obecnych rozgrywkach Podkarpacie na szczeblu centralnym skazane jest już tylko na liczącą się w walce o barażową rozgrywkę Resovie. Kapryśny w ostatnich tygodniach zespół po swojej stronie ma trzech rywali z dolnych rejonów tabeli oraz przede wszystkim kapitalnie spisującego się w bramce Jakuba Tetyka. – Cztery kolejki temu walczyliśmy o to, aby nie znaleźć się w barażu o utrzymanie, a dziś walczymy o udział w innym barażu – podkreślił golkiper Resovii, która niezależnie od końcowego rozstrzygnięcia i ligowej przynależności, w najbliższym sezonie nie pozostanie samotna w swoim województwie.
Hubert Mikusiński