36 bramek, na które złożyły się 3 zwycięstwa gospodarzy, 3 wygrane gości i 3 remisy. Tak od strony statystycznej prezentuje się zbiorczy bilans zakończonej w poniedziałek pierwszej serii gier Fortuna I ligi. Nie zabrakło efektownych bramek debiutantów, zwrotów akcji, kontrowersji, czy barwnych pomeczowych komentarzy. O tym wszystkim przeczytacie w Waszym wyjątkowym, wyczekiwanym i jedynym w swoim rodzaju podsumowaniu wydarzeń z pierwszoligowych aren!

Pierwszy gwizdek na zapleczu Ekstraklasy sezonu 2023/2024 wybrzmiał punkt 18:00 na Pomorzu, gdzie Arka Gdynia podejmowała Termalikę Bruk-Bet Niecieczę. Dodatkowego smaczku temu spotkaniu dodawał fakt trenerskich debiutów Wojciecha Łobodzińskiego w Arce i Mariusza Lewandowskiego w Termalice. Jeżeli zaczynać sezon, to z przytupem i fanfarami. Dokładnie z tego założenia wyszli „Arkowcy”, którzy już w… 21 sekundzie objęli prowadzenie za sprawą bramki Kacpra Skóry. Ostatecznie po stojącym na bardzo wysokim poziomie spotkaniu, tablica świetlna na stadionie w Gdyni wskazywała wynik 2:2. Mimo takiego rozstrzygnięcia goście opuszczali Gdynię z ogromnym poczuciem niedosytu, ponieważ w 90 minucie rzutu karnego nie wykorzystał Adam Radwański, trafiając w słupek bramki strzeżonej przez Martina Chudego. Warto również odnotować, że całą drugą połowę Termalika grała w dziesiątkę po czerwonej kartce Bartosza Biedrzyckiego z 45 minuty. Nie tak miała wyglądać nasza pierwsza jedenastka, ale mieliśmy problem zdrowotny Kuby Braneckiego, który miał temperaturę i nie mógł wystąpić. Stąd też zmieniliśmy trochę ustawienie i pozycję bramkarza, gdzie zadebiutował Eric Topór. (…) Straciliśmy piłkę w rozegraniu na samym początku spotkania i już chyba w 20 sekundzie straciliśmy bramkę na 1:0. Tak doświadczony zawodnik, jak Arkadiusz Kasperkiewicz powinien się tutaj lepiej zachować. (…). Mecz bardzo dynamiczny. Dużo akcji z jednej i z drugiej strony oraz akcji stykowych Czujemy bardzo duży niedosyt, bo znam potencjał swojego zespołu — komentował na pomeczowej konferencji prasowej trener gości Mariusz Lewandowski, dla którego jest to już drugie podejście do popularnych „Słoników” w roli szkoleniowca. Jak na pierwszy mecz, to rollercoaster i dużo emocji. Nie spodziewałem się takiego meczu. Myślałem, że będzie to wyważony mecz — szczególnie z naszej strony, ale czasami naszą młodzież ponosi ułańska fantazja. Nie mam o to pretensji, bo chciałbym wiedzieć Arkę walczącą i to była Arka walcząca. Oczywiście było parę niedociągnięć, ale to z czego jestem zadowolony, to nasza intensywność w graniu i bieganiu. Nie uniknęliśmy prostych błędów taktycznych i czasami technicznych, ale niektórzy na tym poziomie jeszcze praktycznie nie grali. Ta drużyna będzie tylko lepsza — mówił po spotkaniu opiekun Arki Wojciech Łobodziński.
Efektownie i przebojowo w I lidze zameldował się Motor Lublin, który w drugim z piątkowych spotkań po konfrontacji toczonej w szybkim tempie i okraszonej zwrotami akcji i wyjątkowej urody bramkami – pokonał Zagłębie Sosnowiec 3:2. Jak to w przypadku Motoru, nie obyło się bez kontrowersji… Tym razem jedynie tych boiskowych. W końcówce spotkania pomocnik miejscowych Filip Wójcik zdecydował się na dośrodkowanie w pole karne gości, gdzie zawodnik Zagłębia Maksymilian Rozwandowicz interweniował na tyle pechowo/niefortunnie, że futbolówka po odbiciu od jego głowy… trafiła go w rękę. Po długich konsultacjach ze swoimi asystentami i analizie VAR, prowadzący to spotkanie Paweł Malec ostatecznie zdecydował się na podyktowanie jedenastki, którą na bramkę zamienił Rafał Król, dzięki czemu premierowe zwycięstwo Motoru w pierwszoligowym debiucie stało się faktem. Jest w nas duża złość, bo straciliśmy bramki po dwóch rzutach karnych, które wzięły się z tego, na co byliśmy uczulani, czyli mocne i dobre dośrodkowania Motoru Lublin. (…) Dla kibiców na pewno fajny mecz, bo było dużo bramek, ale jesteśmy bardzo niezadowoleni — mówił po spotkaniu autor wyjątkowej urody trafienia dla Zagłębia na 2:2 Sebastian Bonecki. Bardzo dobre wejście w mecz w lidze wyżej, gdzie poziom trudności i poprzeczka jest na pewno bardziej podniesiona. Ta drużyna ma to do siebie, że wierzy w to, co robi. Jestem przekonany, że Zagłębie będzie wysoko w tabeli, także trzeba pokreślić, że graliśmy z bardzo dobrym i trudnym przeciwnikiem. (…) Cieszę się, że gramy w lidze gdzie jest VAR, bo w II lidze być może byśmy nie wygrali, pomimo tego, że byliśmy lepsi niż rywale — stwierdził z kolei na pomeczowej konferencji prasowej trener gospodarzy Gonçalo Feio.
Po bolesnym spadku z PKO BP Ekstraklasy, zmagania na drugoligowym froncie udanie zainaugurowała Lechia Gdańsk, która w pierwszym z sobotnich spotkań rozbiła na wyjeździe Chrobrego Głogów 4:2. Niekwestionowanym showmanem gdańszczan był w tym spotkaniu bohater bodaj najgłośniejszego tego lata transferu na poziomie I ligi, czyli Luis Fernández, który zaliczył klasycznego hat-tricka. Szacunek i ukłony względem mojego sztabu, gdzie bardzo fajnie rozczytaliśmy przeciwnika, ale rozczytać rozczytaniem, a realizacja zadań, to drugie. Moi zawodnicy robili to bardzo dobrze i stąd trzeba im pogratulować i podziękować, bo dali dużo radości ludziom związanym z Lechią. (…) Ciężko się spodziewać transferu takiego kalibru jak Luis Fernández, bo dzisiejsze spotkanie pokazało, że ta liga nie jest dla niego. On sobie z tego zdaje sprawę i wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Ma wokół siebie dużo bardzo dobrych zawodników, którzy dzisiaj na niego popracowali. Tworzy się kolektyw — mówił tuż po spotkaniu debiutujący w roli szkoleniowca Lechii Szymon Grabowski. Dość dziwny mecz, bo do 30 minuty mieliśmy nad nim kontrolę. Uważam, że niepotrzebnie się cofnęliśmy i próbowaliśmy bronić. Dwie bramki do przerwy były bardzo niepotrzebne i to ustawiło mecz. Po przerwie błąd naszego bramkarza — źle obliczył piłkę i można powiedzieć, że praktycznie było po meczu. (…) Dziwne spotkanie. Bardzo żałuję, dziś było dużo naszych kibiców, a coś u siebie nie dajemy im radości. (…) Nastawiliśmy się, żeby wyjść wysoko, zdobyć bramkę i to nam się udało i tak jak powiedziałem, nie potrzebnie się cofamy – podkreślił po spotkaniu trener gospodarzy Marek Gołębiewski, który po pytaniu jednego z dziennikarzy wygadał się, że… zakusy w stronę lidera linii pomocy głogowian Sebastiana Stelbeckiego czyni Wisła Płock, jednak jak to określił: oferty Wisły Płock za niego są śmieszne, bo uważam, że jest to jeden z naszych najlepszych zawodników i chcę go u nas zatrzymać.
Bramek, emocji i zwrotów akcji nie zabrakło również w Łęcznej, gdzie miejscowy Górnik zremisował z Wisłą Kraków 2:2. Co prawda nie wygraliśmy tego meczu, ale myślę, że kibice wyszli zadowoleni ze stadionu, bo zostawiliśmy sporo zdrowia i zaangażowania, ale też w drugiej połowie sporo jakości. Graliśmy z zespołem, który będzie nadawał ton w tych rozgrywkach. Duża jakość piłkarska, ale i organizacja gry bardzo dobra po stronie Wisły Kraków. (…) Choć graliśmy na własnym boisku, to taki wynik z tej klasy rywalem to zdobyty punkt — kurtuazyjnie zakończył swoją pomeczową wypowiedź szkoleniowiec Górnika Ireneusz Mamrot. Dobrze weszliśmy w mecz i graliśmy swoje, mimo straconej przypadkowo bramki. Po bardzo ładnej akcji doprowadziliśmy do remisu. Na drugą połowę wyszliśmy z nastawieniem, aby ten mecz wygrać i było to widać. Stwarzaliśmy sytuacje i dość szybko strzeliliśmy bramkę na 2:1. Potem mieliśmy następną okazję i szkoda, że nie zamknęliśmy meczu kolejnym golem. Później straciliśmy kontrolę nad meczem, a to nakręciło gospodarzy, którzy zaczęli sobie stwarzać sytuacje, głównie poprzez stałe fragmenty gry. I właśnie po jednym z nich straciliśmy bramkę na 2:2 – stwierdził z kolei opiekun Wisły Radosław Sobolewski.
Jak krótka jest droga z piłkarskiego nieba, do piekła boleśnie przekonali się zawodnicy warszawskiej Polonii, którzy w swoim pierwszym po 15 latach spotkaniu na szczeblu I ligi, ulegli u siebie w starciu z GKS-em Tychy 2:3, mimo że już po 10 minutach prowadzili 2:0 po bramkach Michała Bajdura i Michała Grudniewskiego. Dodatkowo w 14 i 29 minucie gości mógł dobić snajper „Czarnych Koszul” Paweł Tomczyk, jednak za pierwszym razem strzelił obok słupka, a za drugim w sytuacji sam na sam górą okazał się bramkarz przyjezdnych Maciej Kikolski. To, co stało się później, chyba najlepiej oddaje stare, wyświechtane, aczkolwiek ponadczasowe stwierdzenie, iż „niewykorzystane sytuacje się mszczą” oraz jeden z nowszych i jeszcze całkiem świeżych bon motów exselekcjonera Czesława Michniewicza, że „2:0, to niebezpieczny wynik”. Tuż przed przerwą poloniści stracili gola do szatni autorstwa Marcela Błachewicza, a zaledwie 4 minuty po wznowieniu gry stan rywalizacji ładnym uderzeniem zza pola karnego wyrównał świeżo upieczony napastnik tyszan Bartosz Śpiączka. Gdy wydawało się, że oba zespoły podzielą się punktami, na 3 minuty przed końcem regulaminowego czasu gry gospodarzy pogrążył… wychowanek i były zawodnik Polonii Wiktor Niewiarowski, który jak na ironię równo rok temu nie mieszcząc się w pierwszym zespole „Czarnych Koszul” grał zaledwie piątoligowych rezerwach stołecznego klubu. Bardzo brutalnie przywitała nas ta pierwsza liga. (…) Zamiast 3:0, było 2:1 w ostatniej minucie pierwszej połowy i ta bramka bardzo zmieniła w obrazie gry. Możemy mieć sami do siebie pretensje. Mieliśmy tak klarowne sytuacje w pierwszej połowie, że nie mamy tego prawa skończyć 2:1 w tej części gry. (…) Jak na beniaminka i mecz u siebie, nie możemy takich sytuacji nie wykorzystywać. W drugiej połowie brutalność tej ligi i jakość zawodników GKS-u przesądziła o tym, że ten mecz przegrywamy. Brutalna lekcja. Trzeba to przyjąć na klatkę i przygotowywać się do kolejnych meczów — komentował tuż po spotkaniu trener Polonii Rafał Smalec. Pierwsze minuty w naszym wykonaniu bardzo słabe. Musimy lepiej wchodzić w mecz, bo daliśmy się zaskoczyć stałymi fragmentami. (…) Fajny był ten charakter, że każdy jeździł na dupie i nie pozwalał łatwo tracić piłek. (…) Jeśli nie będziemy popełniać takich prostych błędów i wchodzić od początku meczu tak jak to było w drugiej połowie, czy też w końcówce pierwszej — to uważam, że będziemy robić fajne wyniki i zadowalać kibiców — podkreślił wspominany wyżej snajper gości Bartosz Śpiączka.
Od remisu zmagania na pierwszoligowych boiskach rozpoczął inny spadkowicz z PKO BP Ekstraklasy Wisła Płock, która w pierwszym z niedzielnych spotkań zremisowała na wyjeździe z Podbeskidziem Bielsko-Biała 1:1. W 18 minucie gospodarzy na prowadzenie wyprowadził pozyskany z Jagiellonii Białystok Bartosz Bida, a na 9 minut przed końcem regulaminowego czasu gry wyrównał doświadczony snajper „Nafciarzy” Łukasz Sekulski. Mamy dobry zespół i moim zdaniem zagraliśmy niezłe spotkanie. Szkoda tej straconej bramki, bo wydaje mi się, że kontrolowaliśmy spotkanie. Szczególnie w drugiej połowie mieliśmy sytuacje, żeby strzelić drugą bramkę, co niestety się nie udało, ale to jest początek sezonu i jeszcze wszystko przed nami — stwierdził po meczu rzeczony snajper Podbeskidzia Bartosz Bida, który krótko po strzelonej bramce musiał opuścić plac gry ze względu na doskwierający mu jeszcze przed meczem ból w lewym kolanie. Chcemy odciąć się od tego, co było i stworzyć porządną drużynę, jej kręgosłup i walczyć w każdym meczu o trzy punkty. Dzisiaj się to nie udało — mamy punkt i szanujemy go i koncentrujemy się na następnych meczach. Nikt się nie położy. W pierwszej lidze są bardzo dobre drużyny i naprawdę wyrównany poziom. O każde jedno oczko będzie walka do końca i musimy się na to porządnie nastawić i przestawić głowy — spuentował swoją pomeczową wypowiedź strzelec wyrównującej bramki dla Wisły Łukasz Sekulski.
Kolejny ze spadkowiczów z PKO Bank Polski Ekstraklasy – Miedź Legnica, podejmował u siebie dziesiątą drużynę minionego sezonu Fortuna 1 ligi-GKS Katowice. Drużyna z Katowic w przedsezonowych przygotowaniach zanotowała bilans 3 zwycięstw oraz 2 porażek. Natomiast ekipa Radosława Belli zanotowała w letnich sparingach bilans 2 zwycięstw i 3 remisów. W 13 minucie rzut wolny dla Miedzi wykonywał nowy nabytek Miedzi-Florian Hartherz, który zamienił Bielsko-Biała na Legnicę. Niemiec dokładnie dośrodkował piłkę z bocznego sektora boiska, wydawało się, że będzie to piłka idealnie na nogę napastnika Miedzi natomiast futbolówka miała taki lot, że wylądowała w siatce Dawida Kudły. Bez kontaktu z zawodnikami. Po interwencji VAR Sebastian Krasny podjął decyzję, że gol nie będzie uznany z powodu pozycji spalonej jednego z zawodników Miedzi. GKS próbował się odgryźć gospodarzom ale brakowało dokładności przy strzałach nie były na tyle precyzyjne by mogły zaskoczyć wypożyczonego z Rakowa Częstochowa Jakuba Mądrzyka, dla którego był to absolutny debiut na tym poziomie rozgrywkowym. W 42 minucie za faul taktyczny na Kamilu Drygasie drugą żółtą a w konsekwencji czerwoną kartkę ujrzał Grzegorz Janiszewski. Ataki gospodarzy po osłabieniu rywala nabrały na sile. Były one częstsze. Po przerwie niespodziewanie drużyna z Górnego Śląska ruszyła do ataku i prawie to się zakończyło bramką. W 48 minucie Danek dorzucił piłkę z prawej strony na głowę Rafała Figiela na około 6-7 metr, ale na posterunku był dobrze dysponowany Jakub Mądrzyk. W 52 minucie mieliśmy identyczną sytuację w tym, wypadku z lewej strony dorzucał Marcin Wasielewski, a akcję finalizował Mateusz Marzec. Mimo że GKS grał jednego mniej to wyklarował lepsze okazje do zdobycia gola. Miedź natomiast zadała jeden cios w 66 minucie po rzucie rożnym i dośrodkowaniu Hartherza gola głową zdobył Kamil Drygas. W końcówce spotkania Miedź próbowała podwyższyć rezultat, ale nic z tego nie wynikało. Można stwierdzić, że w tym sezonie drużyna z Legnicy swój pomysł na grę będzie opierać na stałych fragmentach, bo mają dobrych wykonawców na takie rozwiązania. Z GKS-em się udało. GKS Katowice w Legnicy nie wygrał od maja 2013 roku. Miedź to personalnie bardzo silny zespół. Na pewno jestem zadowolony jak zespół zareagował na osłabienie przed końcem pierwszej połowy. Na pewno budujące jest to jak zespół wyglądał motorycznie i na pewno boli to, że drużyna wyglądała bardzo dobrze a jednak punktów żadnych nie udało się zdobyć. Postawiliśmy wysoko poprzeczkę. Dzisiaj nie mamy punktów, ale wydaje mi się, że będzie to koło napędowe do tego, aby dalej ciężko pracować – stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej trener gości Rafał Górak. „Zwycięstwo bardzo cieszy, nie było na pewno to łatwe mając w świadomości, że graliśmy z przewagą jednego więcej. To pokazuje siłę przeciwnika. Były momenty kiedy ten mecz wymykał nam się spod kontroli, ale myślę, że większość czasu był pod naszą kontrolą. Zespół zagrał mądry mecz. Byliśmy cierpliwi. Ważne 3 punkty. Zawsze pierwszy krok jest bardzo ważny. Cieszy mnie to, że legnicka ekipa będzie miała radość z trzech punktów, bo niestety dawno tego nie było – podkreślił po spotkaniu szkoleniowiec gospodarzy Radosław Bella.
Po 6 latach okupowania II ligi, na pierwszoligowe salony powrócił Znicz Pruszków. Ostatnim sezonem drużyny z Mazowsza na tym szczeblu był sezon 2016/2017. Wówczas Znicz zajął 17 miejsce w tabeli z dorobkiem 30 punktów i do bezpiecznego miejsca, czyli 14 lokaty, którą ówcześnie zajął GKS Tychy, stracił 7 punktów. Obecnie celem nadrzędnym z pewnością będzie utrzymanie. Średnia wieku drużyny Mariusza Misiury to niespełna 23 lata. Znicz nie zawiódł i w pierwszej kolejce pokonał Resovię Rzeszów 2:0. Bramki dla ekpipy z Pruszkowa zdobywali w 51 minucie Krystian Pomorski po asyście Shumy Nagamatsu i w 75 minucie Shuma Nagamatsu notabene po asyście… Krystiana Pomorskiego. W przeciągu całego spotkania Znicz wygrał jak najbardziej zasłużenie, chociaż przeglądając statystyki na 7 oddanych w tym meczu strzałów, celne były… dwa. Dziennikarze obecni na pomeczowej konferencji prasowej bardziej niż pomeczowe komentarze, zapamiętali scysję słowną pomiędzy trenerem Znicza Mariuszem Misiurą, a rzecznikiem prasowym Resovii Pawłem Bukałą. Po konferencji prasowej dla portalu podkarpackie.live rzeczony Paweł Bukała powiedział: Doszło do przedziwnej sytuacji. Pan trener Znicza zasugerował jakoby moja osoba była motywatorem do odniesienia przez jego drużynę zwycięstwa nad Resovią. Po meczu ze Stalą Stalowa Wola było dosłownie kilka słów o meczu w Pruszkowie, gdzie mówiłem, że „przypisywanie sobie trzech ligowych punktów to jest bardzo niebezpieczny kierunek”. Zwracam uwagę na rozwinięcie ostatniego zdania, które wyraźnie wskazuje na respekt wobec rywala — pomimo zarzuconego braku pokory. Gdybym powiedział, że „zmiażdżymy przeciwnika” to rzeczywiście mógłbym to wziąć na klatę. Byłoby to nieprofesjonalne z mojej strony. Podobnych zwrotów nie używałem, więc nie rozumiem całej sytuacji. Atak dla samego ataku? Szkoda, tym bardziej że padają personalia, pada moje imię i nazwisko. Niezrozumiały przekaz idzie w całą Polskę. A co dokładnie na samej konferencji powiedział trener Misiura? Rozpocznę od podziękowania dla rzecznika prasowego Resovii, pana Pawła Bukały, bo to on w jakiś sposób pomógł mi pobudzić drużynę przed meczem. Znicz Pruszków, drużyna, która awansowała bezpośrednio w poprzednim sezonie wygrywając 18 spotkań. To nie jest przypadek, że dzisiaj ta drużyna gra w I lidze. Zakładanie przed meczem, że drużyna Resovii przyjedzie tutaj po trzy punkty, to uważam, że troszeczkę mało szacunku do tego, co moi zawodnicy osiągnęli przez ostatni rok. Ocenę tego „medialnego sporu” na linii Pruszków-Rzeszów, pozostawiamy Wam…
Nie zawiódł również poniedziałkowy finał tej serii gier, w którym padło aż 7 bramek. Ostatecznie mocno przebudowana po poprzednim sezonie Stal Rzeszów uległa Odrze Opole aż 2:5. Nie był to zatem wymarzony debiut w barwach Stali trenera Marka Zuba, który powrócił na ławkę trenerską w Polsce po 6 latach pracy w ligach zagranicznych. Już w 7 minucie gości na prowadzenie wyprowadził Borja Galán. W doliczonym czasie pierwszej połowy na 2:0 podwyższył Rafał Niziołek. Tuż po przerwie w 55 minucie doskonałą sytuację na zdobycie bramki kontaktowej zmarnował Bartłomiej Poczobut, gdy jego strzał z rzutu karnego zdołał obronić Artur Haluch. Riposta Odry była natychmiastowa i bezlitosna. Już minutę później na 3:0 podwyższył Wojciech Kamiński, a kolejne dwa trafienia dla Odry dołożyli w 64 minucie Maciej Makuszewski i w 90 Borja Galán. Miejscowi byli w stanie odpowiedzieć jedynie bramkami siedemnastoletniego Szymona Łyczki z 72 minuty (dla którego był to absolutny debiut w seniorskiej piłce) oraz meksykanina Manuela Ponce Garcii z 87 minuty. Nie spodziewałem się aż tak otwartego meczu. Mieliśmy pełną kontrolę do pewnego momentu. Myślę ze ważnym momentem była obrona rzutu karnego przez Artura. Wygraliśmy po dobrym meczu z dobrym rywalem. Cieszę się również z tego zwycięstwa bo nigdy tutaj nie wygrałem – stwierdził po meczu trener Odry Adam Nocoń. Rozczarowania nie krył trener gospodarzy Marek Zub – Zderzyliśmy się z rzeczywistością 1-ligową. Jestem przekonany, że przespaliśmy początek meczu. Było widać u zawodników stres szczególnie u tych nowych. Przez to straciliśmy pierwsze dwie bramki które praktycznie ustawiły mecz. Według mnie kluczowym momentem był rzut karny, który zmarnowaliśmy. Potem dostaliśmy trzecią i czwartą. Konsekwencją ostatnich bramek było to, że wprowadziliśmy piłkarzy z Akademii. I jak to w życiu bywa 50 na 50 i pozytywnie i negatywnie, ale błędy muszą popełniać. Odra jest zespołem doświadczonym. Zmian nie żałuję. Jestem zadowolony ze zmian wychowanków. Dziś zabrakło lidera, natomiast pracujemy nad tym, żeby go wypracować.
Opracowali Tomasz Figat i Maciej Kuska
