19 bramek, na które złożyło się zaledwie 1 zwycięstwo gospodarzy, 3 wygrane gości i aż 5 remisów. Tak od strony statystycznej prezentuje się zbiorczy bilans zakończonej w poniedziałek trzeciej już serii gier Fortuna I ligi. Niespodzianki, zwroty akcji, przerwane serie, czy barwne pomeczowe komentarze. O tym wszystkim przeczytacie w naszym nieszablonowym, wyczekiwanym i jedynym w swoim rodzaju podsumowaniu wydarzeń z pierwszoligowych aren!

Pierwszym aktem minionej kolejki była piątkowa konfrontacja Znicza Pruszków z Zagłębiem Sosnowiec. Rzucając okiem na pomeczowe statystki, raczej trudno uwierzyć, że było to starcie stawianego przed sezonem w gronie zespołów walczących o utrzymanie beniaminka z ekipą mającą za sobą kilka głośnych transferów i ekstraklasowe aspiracje. Jak mówi pewne nieśmiertelne w żargonie piłkarskim powiedzenie – „nazwiska nie grają” i na nieszczęście sosnowiczan nie zagrały również w piątek. Począwszy od posiadania piłki (54 % : 46%), sytuacje bramkowe (18:7), czy strzały celne (7:1) bezapelacyjnie przodował Znicz. W najważniejszej i jedynej wiążącej statystyce, również górą byli podopieczni Mariusza Misiury, zwyciężając 1:0, po przepięknej bramce z 16 metrów autorstwa Pawła Moskwika, dla którego było to drugie trafienie z rzędu w bieżącym sezonie. Nie tak wyobrażaliśmy sobie to spotkanie. To zdecydowanie nie był nasz dzień, ani nasz mecz. Początek ligi nie jest taki, jaki byśmy sobie życzyli. Musimy znaleźć sposób, żeby wygrać mecz i żeby zespół nabrał pewności siebie. Nie wyglądaliśmy tak, jak choćby przez cały okres przygotowawczy, a Znicz był od nas po prostu lepszy – stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej trener Zagłębia Krzysztof Górecko. Jestem dumny ze swojej drużyny. Mówiłem to już wielokrotnie, ale powtórzę jeszcze raz, bo bycie trenerem tej drużyny, to niesamowicie duże szczęście. Człowiek który przyjeżdża do Polski i mówi dużo o relacji czasu i przestrzeni jest w niektórych kręgach wyśmiewany, czy w jakiś sposób szydzony. Ta drużyna — ci zawodnicy mi zaufali. To, jak dzisiaj grali na boisku i realizowali plan bez piłki i z piłką, to uważam, że była totalna dominacja i z całym szacunkiem dla przeciwnika, ale sytuacje które stworzyliśmy, to tych bramek powinno być kilka. (…) Przed meczem pewna osoba zapytała mnie – jak zatrzymać takich zawodników jak: Biliński, Valencia, Karwot, czy Wrzesiński. Najpiękniejsze w piłce nożnej jest to, że jak wychodzisz na boisko, to nie ma znaczenia jakich, czy ilu masz zawodników, jak zarabiają, jak duży jest sztab i jak dużo pieniędzy ma jeden, czy drugi klub. Najważniejsze jest to, jak grasz w piłkę i jak realizujesz swoją codzienną pracę, filozofię, czy pomysł na to wszystko. To jest kluczowe i najważniejsze. (…) Bardzo dziękuję piłkarzom i tak jak dziś wymieniałem zawodników Zagłębia Sosnowiec, którzy są świetnymi piłkarzami, tak radzę nauczyć się nazwisk zawodników Znicza Pruszków, bo zasługują na szacunek. To, że po 3 meczach mamy 7 punktów, to nie jest przypadek, tylko zasłużyliśmy sobie na to dobrą grą. (…) Musimy zachować pokorę, ciężką pracę i bić się dalej z każdym przeciwników, aby tych punktów nazbierać jak najwięcej. A na co ten dorobek punktowy wystarczy, to czas pokaże – spuentował swoją pomeczową wypowiedź szkoleniowiec Znicza Mariusz Misiura.
Rozstrzygnięcia nie przyniosło z kolei drugie z piątkowych spotkań w którym zmierzyli dwaj spadkowicze z PKO BP Ekstraklasy, tj. Wisła Płock i Lechia Gdańsk. Już w 1 minucie gości na prowadzenie mógł wyprowadzić Łukasz Sekulski, którego uderzenie bez przyjęcia po wrzutce Milana Spremo wylądowało na poprzeczce Lechii. To co na początku spotkania nie udało się Sekulskiemu, w 36 minucie udało się najbardziej rozpoznawalnemu zawodnikowi Lechii (a być może całej ligi), czyli Luisowi Fernandezowi, który głową skierował piłkę do pustej bramki, gdy chwilę wcześniej po strzale Beniamina Czajki przed siebie odbił ją bramkarz miejscowych Krzysztof Kamiński. Po zmianie stron „wejście Smoka” zaliczył wprowadzony od początku drugiej połowy w ekipie „Nafciarzy” Krzysztof Janus , który po dograniu Nikoli Srećkovicia płaskim uderzeniem po dalszym słupku pokonał bezradnego w tej sytuacji (nowego) bramkarza Lechii Bogdana Sarnavskyiego, ustalając stan rywalizacji 1:1. Gospodarze poszli za ciosem i chwilę później do siatki gdańszczan trafił Łukasz Sekulski, jednak prowadzący zawody Leszek Lewandowski po analizie VAR nie uznał trafienia doświadczonego snajpera. W końcówce spotkania bardzo dobre okazje na objęcie prowadzenia miała Lechia, gdy w 1 minucie doliczonego czasu gry uderzenie z bliskiej odległości Łukasza Zjawińskiego instynktownie nogą wybronił Kamiński, a chwilę później potężne uderzenie z dystansu Jana Biegańskiego wylądowało na poprzeczce płocczan. Tym samym spadkowicze z PKO BP Ekstraklasy musieli podzielić się punktami. Szkoda straconych bramek z dwóch poprzednich meczów i tej straconej dziś, bo to są bramki stracone na własne życzenie i tego musimy się wystrzegać. Niedosyt jest spory. Uważam, że spośród trzech rozegranych w tym sezonie meczów, ten był najlepszy w naszym wykonaniu. Mieliśmy sporo sytuacji, przewagę, jednak końcówka nie należała do wymarzonych, bo Lechia stworzyła sobie bardzo dobre okazje i kończy się to wszystko remisem – mówił po spotkaniu strzelec wyrównującej bramki dla Nafciarzy Krzysztof Janus. Przygotowując się do tego spotkania, chcieliśmy wyeliminować bardzo groźną broń Wisły Płock, jaką do tej pory były dośrodkowania z bocznych sektorów i z pół przestrzeni – z tego Wisła kreowała bardzo dużo zagrożenia pod bramkami przeciwników. Może nie zdobywała z tego bramek, ale groźnie to wyglądało i zdawaliśmy sobie sprawę, że będą chcieli to wykorzystać przeciwko nam. W większości dawaliśmy radę, gdzie blokowaliśmy dośrodkowania, bądź byliśmy przygotowani na obronę pola karnego. W kluczowym momencie po raz kolejny zawiodła nas obrona, bo druga połowa rozpoczęła się dla nas nieszczęśliwie po braku reakcji, doskoku i przegraniu pojedynku.. Wisła dobrze sobie rozpoczęła tę połowę. Plan na drugą część. mieliśmy zupełnie inny. Po pierwszej połowie, gdzie była bardzo dobra reakcja moich zawodników w momencie strzelenia bramki, chcieliśmy dłużej utrzymywać się przy piłce. Końcówka meczu pokazała, że w tym momencie, gdzie robimy to, co mamy robić, przewaga była po naszej stronie. Mieliśmy dużo przestrzeni do kreowania sytuacji. Mimo że mecz nie układał się dla nas pomyślnie, to stworzyliśmy trzy, może cztery sytuacje, gdzie minimum jedną bramkę powinniśmy zdobyć. Szanujemy ten punkt, bo wiemy z jakim przeciwnikiem się mierzyliśmy, ale przed nami bardzo duża praca, jeśli chodzi o organizacje i reakcje na akcje ofensywne przeciwnika. Przeciwnik miał zbyt łatwą drogę do tego, żeby nam zagrażać. Dziękuję również kibicom, którzy wspierali nas mimo zakazu, jaki mają. Jest to dla nas duże wsparcie – stwierdził z kolei na pomeczowej konferencji prasowej trener gości Szymon Grabowski.
Sobotnie zmagania na pierwszoligowym froncie rozpoczęliśmy w Legnicy, gdzie miejscowa Miedź zremisowała bezbramkowo z Górnikiem Łęczna. Dla Górnika był to już trzeci remis z rzędu, gdzie wcześniej zespół z Lubelszczyzny podzielił się punktami z Arką Gdynia oraz Wisłą Kraków. Dla podopiecznych Radosława Belli był to pierwszy remis po zwycięstwach z Bruk-Betem oraz GKS-em Katowice. Szanujemy ten punkt, bo to było ciężkie spotkanie. Za nami mecze z zespołami, które będą w czołówce ligi. Drugi mecz bez straty bramki powinien cieszyć, jednak do poprawy z kolei jest gra ofensywna. Teraz trzeba zacząć wygrywać – powiedział na pomeczowej konferencji prasowej trener gości Ireneusz Mamrot. Czujemy spory niedosyt, bo mieliśmy w tym meczu sporo sytuacji bramkowych. Szkoda, że nie udało się, chociaż tej jednej bramki zdobyć. Bardzo się cieszę, że zespół walczył do końca. (…) Podobno nie da się wszystkiego wygrać, więc nie jest źle — z uśmiechem na twarzy spuentował swoją wypowiedź trener gospodarzy Przemysław Bella.
Przy komplecie publiczności na Reymonta Wisła Kraków pożegnała niekwestionowaną legendę polskiej piłki Jakuba Błaszczykowskiego. Ostatnie minuty w barwach Białej Gwiazdy rozegrał 3 czerwca poprzedniego sezonu w spotkaniu z Górnikiem Łęczna. Mecz poprzedzający tę podniosłą i wzruszającą uroczystość można określić jako „festiwal niewykorzystanych szans”. Trzy nieuznane bramki dwie dla Stali i jedna dla Wisły nie wystarczyło jednak na zmianę rezultatu i słabo grająca Stal wywozi z Krakowa 1 cenny punkt. Duża w tym zasługa Jakuba Wrąbla, który był wyróżniającym się zawodnikiem tego spotkania. Wisła przeważała, ale niewiele z tego wynikało. Warto również odnotować oficjalny debiut w barwach „Białej Gwiazdy” 17-letniego Jakuba Krzyżanowskiego, który był wyróżniającym się zawodnikiem niedawno zakończonych Mistrzostw Europy do lat 17. Chciałem podziękować Wiśle Kraków, że dała nam możliwość uczestnictwa w takim evencie. Ja sam jestem trochę wzruszony, myśląc przede wszystkim o klubie, o Kubie, o Wiśle. Bo mam sentyment do tego klubu, miasta. Cieszę się z tego powodu, że ten nasz mecz przypadł na dzień, w którym żegnamy Kubę. Zdaje sobie sprawę, że trochę być może zepsuliśmy to całe wydarzenie. Nie było pełnego „fanu”, pełnego zadowolenia. No, ale my też mamy swoje cele i cieszę się bardzo, że przy takiej publiczności, w takiej atmosferze i w takiej aurze mogliśmy budować zespół dalej, konsolidować przed kolejnymi meczami. To było bardzo istotne, zważywszy na to, że ten nasz start w tym sezonie nie wyglądał okazale. Nie wiem, kto kombinował przy terminarzu i ustalił, że to będzie dzisiaj… Mamy grupę chłopaków z naszej akademii, którzy zaczynają dopiero przygodę z piłką na tym poziomie i mieli możliwość zagrać w większym, niektórzy w mniejszym, a niektórzy wcale być na boisku, ale ta cała sytuacja, która się tutaj wydarzyła, to jest kwintesencja tego, do czego młody piłkarz powinien dążyć — komentował po spotkaniu opiekun Stali Marek Zub. Tak naprawdę zabrakło jednego, ale najważniejszego, czyli żeby umieścić piłkę w bramce rywala. Stworzyliśmy niesamowicie dużo sytuacji do strzelenia bramki. Mieliśmy 94 niebezpiecznych ataków, to jest bardzo duża liczba, natomiast brakuje skuteczności. Cieszy mnie, że sytuacje stwarzamy i myślę, że jeśli tylko zawodnicy będą lepiej się rozumieli, lepiej czuli na boisku, to te okazje będziemy przekuwać w gole i w punkty — stwierdził z kolei trener „Białej Gwiazdy” Radosław Sobolewski.
Na zakończenie sobotnich zmagań, Chrobry Głogów podejmował Termalikę Bruk-Bet Niecieczę. Po porażkach z Lechią 2:4 oraz GKS-em Katowice 1:3, do Głogowa przyjechała jedna z drużyn, dla której czołowa szóstka, to na ten sezon cel minimum. O ile w czterech wcześniejszych spotkaniach można było narzekać, na niewielką ilość bramek, tak pojedynek rozgrywany na Dolnym Śląsku zdecydowanie poprawił te statystyki. Po jednostronnym spotkaniu Termalika rozbiła gospodarzy aż 5:0, a trzecia porażka z rzędu i fatalna postawa w starciu ze „Słonikami” ostatecznie kosztowała posadę trenera głogowian Marka Gołębiewskiego. Na marginesie warto także odnotować setny mecz w barwach „Słoni” bramkarza Tomasza Loski. Byliśmy podrażnieni porażką z Miedzią. Przed nami jeszcze dużo pracy – mówił po spotkaniu z Chrobrym, trener „Słoników” Mariusz Lewandowski. To był blamaż w naszym wykonaniu – ocenił były już szkoleniowiec gospodarzy Marek Gołębiewski.
Po efektownym zameldowaniu się na pierwszoligowych salonach, tym razem, Motor Lublin podzielił się punktami z zaprawionym w bojach na zapleczu Ekstraklasy GKS-em Katowice. Już w 7 minucie gości na prowadzenie wyprowadził Sebastian Bergier, który kapitalnym uderzeniem zza pola karnego w prawe okienko pokonał bezradnego w tej sytuacji Łukasza Budziłka. Kolejne minuty to zdecydowana przewaga ekipy z Górnego Śląska, jednak zabrakło finalizacji, gdyż strzelali niecelnie, bądź kapitalnie bronił znakomicie dysponowany Budziłek, któremu niestraszne były strzały z dystansu, bliskiej odległości, pojedynki sam na sam i jak się później okazało również rzut karny. Ostatecznie chwila nieuwagi kosztowała GKS stratę bramki, gdy po stałym fragmencie gry piłka trafiła do kompletnie niepilnowanego Michała Króla, który (niejako kopiując strzał Bergiera dla GKS-u w pierwszej połowie) efektownym uderzeniem zza szesnastki wyrównał stan rywalizacji. W minucie 74 powinno być 2:1 dla Katowic, gdy bezapelacyjnie najlepszy w ekipie gospodarzy Budziłek obronił jedenastkę wykonywaną przez Jakuba Araka. A jak boiskowe wydarzenia skomentował sam zainteresowany? W pierwszej połowie zdecydowanie nie graliśmy tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Byliśmy daleko od przeciwnika i zbyt mało intensywni. To nie był ten Motor, do którego przyzwyczailiśmy wszystkich na Arenie Lublin. Ogarnęliśmy się w drugiej połowie i zaczęło to lepiej wyglądać, gdzie pojawiały się sytuacje, po których zagrażaliśmy GKS-owi, a jedna z nich skończyła się piękną bramką Michała Króla. Później pojawił się zupełnie niepotrzebny rzut karny, z którego udało się wyjść obronną ręką. Później jeszcze próbowaliśmy, ale to o wszystko, na co nas dziś było stać. Przed startem ligi 7 punktów w 3 meczach wzięlibyśmy w ciemno, ale cały czas chcemy być głodni i niezależnie kto tutaj przyjeżdża wygrywać i dawać radość naszym kibicom — zakończył rzeczony golkiper Motoru. Niekiedy słyszy się, że polska 1 liga, to taki styl życia, a prawda jest taka, że dzisiaj widzieliśmy moim zdaniem doskonałe spotkanie i na bardzo wysokim poziomie. GKS zagrał doskonale w pierwszej połowie i to był popis gry mojej drużyny. Jeżeli chodzi o cały aspekt taktyczny, to byliśmy bardzo dobrze zorganizowani w tej połowie, jednak zabrakło jednej rzeczy, która jest kluczem, czyli skuteczność. Wielkie gratulacje dla Łukasza Budziłka, który w pierwszej połowie wyratował Motorowi mecz. (…) W drugiej połowie Motor starał się zmienić oblicze, co mu się udało, doprowadzając po stałym fragmencie do wyrównania. My mamy rzut karny, który jeżeli byśmy strzelili, to sądzę, żebyśmy wygrali. Żałujemy niewykorzystanych sytuacji, ale jesteśmy niezmiernie zadowoleni z postawy zespołu — stwierdził po spotkaniu trener przyjezdnych Rafał Górak.
W drugim niedzielnym spotkaniu spotkały się dwie dotychczas niepokonane drużyny Fortuna 1 ligi. W starciu Odry Opole z GKS-em Tychy górą byli „Tyszanie”, pozostając tym samym jedynym zespołem z kompletem punktów w ligowej stawce. W ekipie wygranych należy pochwalić Macieja Kikolski, który w 41 minucie obronił rzut karny wykonywany przez swojego imiennika Macieja Makuszewskiego. Jednak na szczególne wyróżnienie zasługuje Wiktor Niewiarowski, który w trzecim meczu z rzędu i trzecim z ławki… zdobył swoją trzecią bramkę i to właśnie wychowanek warszawskiej Polonii otworzył w 79 minucie wynik spotkania. W doliczonym czasie gry na 2:0 podwyższył również wchodzący z ławki Daniel Rumin. Dodatkowo od 51 minuty gospodarze grali z przewagą jednego zawodnika po czerwonej kartce Wojciecha Kamińskiego. Był to bardzo emocjonujący mecz, gdzie było wszystko. Na pewno taktycznie byliśmy ustawieni lepiej niż w poprzednich dwóch meczach. Cieszę się, że zmiany, które wykonałem, znowu dały efekt w postaci wygranej. Liga jest bardzo długa i musimy iść za ciosem. Dziś się cieszymy, ale już przygotowujemy się do następnego spotkania. Na pewno chciałbym zaprosić kibiców na spotkanie z Wisłą, żeby jak najbardziej nasz stadion był wypełniony, bo tego my jako sztab i piłkarze potrzebują — zakończył swoją pomeczową wypowiedź trener GKS-u Dariusz Banasik. Trochę sobie pomogliśmy w tej porażce. Lepiej graliśmy w drugiej połowie niż w pierwszej i w 10 zasłużyliśmy z przebiegu gry na remis. Gra nie była zła. Więcej szachów było w 1 połowie. Można być optymistą mimo tej porażki z GKS-em – stwierdził z kolei trener miejscowych Adam Nocoń.
Grunt to powtarzalność, można by rzec, śledząc wyniki i ilość bramek w meczach warszawskiej Polonii od czasu jej awansu na zaplecze Ekstraklasy. Po domowych przegranych z GKS-em Tychy i Wisłą Kraków 2:3, takimi samym rezultatem zakończyła się wyjazdowa konfrontacja „Czarnych Koszul” z Arką Gdynia, tyle tylko, że tym na korzyść beniaminek Fortuna 1 Ligi. Dość powiedzieć, że to pierwsze zwycięstwo Polonii na szczeblu I ligi od 15 lat. Kolejną ciekawostką z tego spotkania jest fakt, że aż 3 z 5 bramek w tym meczu padło po rykoszetach. Zwycięską bramkę dla ekipy ze stolicy zdobył w 74 minucie absolutny debiutant, pozyskany latem z GKS-u Katowice Michał Kołodziejski. Mecz z trybun mogącego pomieścić ponad 15.000 osób ludzi stadionu w Gdyni, obserwowało nieco ponad 1200 osób, z czego słychać było jedynie delegację fanów z Warszawy. Smutny wieczór dla nas, bo wynik mówi sam za siebie. Szkoda, bo dwie bramki po rykoszecie, które wpadły dla Polonii, nie mogły się nam trafić. Ciężko się goni wynik, kiedy zespół przeciwnika tak dobrze broni. Cóż nam z 16 strzałów, skoro bramek nie ma. Zbyt dużo niedokładności było w ostatniej tercji, żeby myśleć o zwycięstwie. Szkoda, że nie ma kibiców, bo przy tym 2:3 tych chłopców- tę młodzież by to jeszcze niosło. Widać było, że bardzo chcieli i ten mecz byliśmy intensywnie i konkretnie grającym zespołem. Żal, że tak to się skończyło i oczywiście wierzę w ten zespół, bo nie gramy źle. Dzisiaj trochę nieszczęścia, ale też trochę błędów, które będziemy musieli poprawić — komentował po spotkaniu trener gospodarzy Wojciech Łobodziński. Bardzo trudny mecz, taki zresztą, jakiego się spodziewaliśmy z niesamowicie wymagającym przeciwnikiem. Po dwóch porażkach byliśmy jeszcze bardziej zdeterminowani do tego, żeby powalczyć tutaj o zdobycz punktową. Cieszymy się, że były to 3 punkty wywalczone w dramatycznych okolicznościach, bo była walka do samego końca. Zdecydowanie Arka jest mega konkretnym, wymagającym zespołem, jakościowym, musieliśmy się do tego dostosować. Chciałbym pogratulować mojemu zespołowi determinacji, bo w dniu dzisiejszym była ona przez cały mecz. W końcówce broniliśmy się, momentami desperacko, ale cały czas w jakiś sposób kontrolowaliśmy mecz. Wiedzieliśmy, co chcemy w danych fazach robić. Zwycięstwo najważniejsze. Z niego się niesamowicie cieszymy i przygotowujemy się do kolejnych spotkań ligowych — podsumował wydarzenia boiskowe trener gości Rafał Smalec.
W meczu kończącym tę serię gier, Resovia Rzeszów zremisowała z Podbeskidziem Bielsko Biała 1:1. Dla gospodarzy były to pierwszy punkt zdobyty w bieżącym sezonie, z kolei dla gości trzeci remis w trzecim spotkaniu.
