Puławy. Miasto, w którym ludzie na słowa piłka nożna i Wisła reagują bardziej z obojętnością niż rozpromienieniem. Nastawienia podzielonej między różne sekcje, lokalnej społeczności nie zmieniła ostatnia wędrówka po różnych szczeblach rozgrywkowych (do I do III ligi) i nie zmieni zapewne piękny jubileusz, jakim w tym roku jest 100-lecie klubu. Wyjątek stanowią tu właściwie tylko wybrane spotkania i DERBY LUBELSZCZYZNY, na które (głównie po Waszych namowach) udało nam się wybrać.

Przechadzając się ulicami Puław słychać głosy, że nie ma Puław bez Azotów i Azotów bez Puław. Państwo w państwie, w którym jedna z dróg prowadząca na stadion przy ulicy Hauke-Bosaka prowadzi przez szereg domów pogrzebowych. Równo 11 miesięcy temu, na rozpościerającym się parę kroków dalej obiekcie Wisły, szansę na uprzywilejowane miejsce w barażach o 1 ligę pogrzebał Motor. Majowa klęska (porażka 0:3) oraz okoliczności związane z tą porażką odcisnęły spore piętno na kibicach oraz głównym akcjonariuszu klubu. Przy każdej nadarzającej się okazji (również na ostatniej, najbardziej pamiętnej konferencji prasowej), Zbigniew Jakubas nieustannie wracał do tego spotkania, powtarzając jak mantrę, ilu młodzieżowców tego dnia wystawił lokalny rywal.

Jeden z ostatnich treningów Wisły na – jak się później okaże – przeklętym dla Motoru, ligowym terenie w Puławach zdawał się podkreślać wagę tego spotkania dla gospodarzy. Choć od istoty takich spotkań zawsze starają się uciekać piłkarze i trenerzy, tłumacząc, że to zwykły mecz, to przy położonym przy hotelu OLIMPIC obiekcie dało się wyczuć podniosłą atmosferę. Na środku boiska pokrzykujący trener Mariusz Pawlak, który ustawiał swoich zawodników przy SFG i co jakiś czas uczulał ich na postać Królika – wiadomo o kogo chodzi. Żaden szkoleniowiec w II lidze nie ma takiego stażu w jednym klubie jak właśnie on. Wokół stadionu, z wymalowanym zatroskaniem na twarzy przechadzali się elegancko ubrani decydenci klubu, którym w ostatnich miesiącach nie brakowało zmartwień. Jedno zwycięstwo wywalczone w końcówce z Olimpią Elbląg w pięciu spotkaniach nie mogło napawać ich specjalnym optymizmem.

Zgodnie z panującym w Puławach (i nie tylko tam) piłkarskim klimatem, jubileuszowy mecz przy jupiterach przyciągnął na stadion największą publikę od – a jakżeby inaczej – ostatniego, wspominanego wyżej meczu z Motorem. Jak zawsze przy tego typu okazjach, pewną część tej publiczność stanowiła nabita do ostatniego miejsca anty-kibicowska klatka gości. Co zrozumiałe nie wszystkim do niej udało się wejść. My takiego problemu na szczęście nie mieliśmy. Z Krakowa, przez Warszawę dotarliśmy do punktu docelowego, choć – jak możecie się domyślić – w drodze nie brakowało przygód. – Najpierw przygody z taksówkarzem w moim mieście i sprint na pociąg, później S17 z Warszawy i objazd przez karambol więc brakło czasu, aby zobaczyć miasto Puławy – relacjonuje nasz nowohucki chłopak. Dla Maćka Szcześniewskiego co ciekawe była to pierwsza wizyta w tych rejonach.

Kolejna, trzecia już w tym sezonie wizyta LIGOWCA na Lubelszczyźnie nie mogła zwiastować niczego dobrego dla gospodarzy. Owiana złą sławą ”Klątwa Ziomsona” lub jak kto woli ”Klątwa Ligowca” w ostatnim czasie nie przynosiła powodzenia wielu zespołom, w tym również Motorowi w starciu z Polonią (0:1) i Górnikowi Łęczna z Chrobrym Głogów (0:2). Miejscowi, którzy mieli nadzieję na przełamanie tej serii nie mieli przed nami tajemnic i pokazali to co najlepsze za co serdecznie dziękujemy. Przechadzając się po stadionie byli i tacy, którzy nas poznali, o czym mogliście się przekonać choćby na derbowym VLOG-u z Puław. Krótko mówiąc – Puławy nas pozytywnie zaskoczyły pod wieloma względami. – Stadion czysty, nowoczesny, niczego nie brakuje, a do tego jakość jedzenia, duży wybór – ocenił Maciek.

Co nas rozczarowało? Na pewno szybko zamknięte kasy i co za tym idzie ograniczona pula biletów na to spotkanie. Derby Lubelszczyzny nie były imprezą masową, co można uznać za nieporozumienie. Wielu kibiców najpierw pocałowało klamkę od stadionowej bramy, a później zerwano z ogrodzenia reklamowe banery sponsora strategicznego klubu, aby móc zza ogrodzenia zobaczyć, jak ich drużyna po raz kolejny w Puławach zatrzymuje Motor. Goście chcieli, ale nie mogli. Próbowali, szarpali, walczyli, ale nic z tego nie wynikało. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że Piotr Zieliński, (nie ten z Napoli tylko bramkarz Wisły) nawet się nie spocił. Co innego Łukasz Budziłek, który po godzinie gry, przy wydatniej pomocy Bartosza Zbiciaka skapitulował. Jeden jedyny błąd środkowego obrońcy sprawił, że przed decydującym momentem sezonu demony z Chorzowa wróciły. Pół godziny później stało się jasne – zdecydowała jedna bramka. Klątwa LIGOWCA oficjalnie zdjęta przez Adriana Paluchowskiego. Odporny w ostatnich tygodniach na ciosy Motor zachwiał się na przeklętym terenie. Wisła Puławy wróciła na barażowe miejsce. My natomiast mimo propozycji noclegu udaliśmy się w drogę powrotną.

Na ligowy szlak wracamy już za tydzień. Bądźcie z nami.

Hubert Mikusiński