Alkohol w młodzieżowej kadrze i rzekoma korupcja w II lidze. Dwa tematy, które po weekendzie stały się przewodnimi wątkami dyskusji o futbolu w Polsce. Tematy, których nie można przemilczeć, bo zdaje się, że szambo znowu wybiło. Wszystko za sprawą Hutnika Kraków, który narobił (głównie sobie) smrodu na całą Polskę- najpierw przepraszając za niedzielną postawę, później zawieszając i podejrzewając swoich dwóch obrońców o ustawienie spotkania z Kotwicą Kołobrzeg, a na końcu pisząc, że nikogo nie podejrzewają i cofają, to co kilka godzin wcześniej opublikowali. Kiedyś może i coś takiego miałoby prawo się wydarzyć, ale nie teraz. Nie po raz kolejny z rzędu i nie z udziałem tylko dwóch piłkarzy. Dziś jest trochę inaczej niż kiedyś.

Wiele lat temu, podczas turnieju Orange Prokom Open w Sopocie doszło do jednego z najbardziej kontrowersyjnych meczów historii tenisa. Rozstawiony z numerem 1 Nikolay Davydenko (wtedy czołowa rakieta świata) był zdecydowanym faworytem z wówczas mało znanym Argentyńczykiem Martinem Vassallo Arguello. Tuż przed samym meczem, bukmacherzy zaobserwowali dość ciekawe zjawisko – im bliżej było spotkania, tym dynamiczniej rosła liczba osób stawiających na sensacyjne zwycięstwo Argentyńczyka. Zdziwienie bukmacherów było jeszcze większe, gdy pierwszego seta gładko wygrał Davydenko, a klienci obstawiający na żywo dalej stawiali na Arguello. Łącznie suma opiewała na grube miliony i tak jak można było się spodziewać drugiego seta wygrał Argentyńczyk, a trzecim (decydującym) Rosjanin skreczował tłumacząc się bólem stopy.

Kilka dni po tych wydarzeniach oczywiście wybuchł skandal, a chwilę potem rządy i organizacje sportowe postanowiły wydać wojnę zakładom bukmacherskim. Wojnę nowego typu, która zaczęła angażować coraz to nowsze technologie. Pewnie zastanawiacie się w tym momencie po co o tym piszę, ale właśnie wtedy, ten pędząca dziś machina zakładów bukmacherskich w naszym kraju wciągnęła mnie (nie pod kątem hazardu żeby była jasność) po uszy. Do tego stopnia, że że do dziś nie ma ligowej kolejki w Polsce, ligowego spotkania od Ekstraklasy do II, a czasami nawet i III ligi, którego nie rozpatrywałbym pod kątem bukmacherskim, gapiąc się godzinami w zjawisko rosnących i malejących kursów. Każdy większy wzrost i każda anomalia to wzbudzająca się w mojej głowie ciekawość.

Dziwne zachowania kursów na swojej, trwającej już przeszło 15 lat bukmacherskiej drodze napotykałem co jakiś czas w II lidze – niekoniecznie w ten czy w poprzedni weekend z udziałem Hutnika Kraków. Jedną z większych anomalii (również z racji tego, że udało się wygrać pokaźną sumę), jaka mnie spotkała miała miejsce dokładnie siedem lat temu bez jednego dnia. Parafrazując klasyka – było ciężko, środa, południe, pogoda i boisko nie specjalnie dopisywały, aby grać w piłkę. Mimo tych faktycznie nienajlepszych wtedy warunków do gry mecz odbył się i zakończył się tak, jak można było się tego spodziewać. Ale aby dokładnie zrozumieć, co wydarzyło się tego dnia w pewnym mieście na Podkarpaciu trzeba było się cofnąć o kilka miesięcy do innego miasta położonego w województwie śląskim. To właśnie w tym – co by nie mówić – nieprzypadkowym miejscu,  na cztery kolejki przed końcem sezonu zdarzył się cud pod Jasną Górą.

W piłce oczywiście zdarzają się niespodzianki, sensacje, bukmacherzy zarabiają – normalna rzecz. I pewnie wtedy też nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie hmmmm kuriozalne, dziwne, śmierdzące, nie takie jak ostatnio w Krakowie śmierdzące gole w samej końcówce – można to sobie odkopać. Niewygrywająca przez całą rundę wiosenną drużyna A w zadziwiający sposób pokonuje będącą w czołówce drużynę B i zgarnia tak wyczekiwany i jak się później okazało tak cenny komplet punktów. Niecały miesiąc później rozgrywki kończy jedno miejsce nad kreską z przewagą – a jakby inaczej – trzech punktów.

Kilka miesięcy później, już w dużo lepszym, II-ligowym położeniu drużyna A. Drużyna B zgodnie z przedsezonowymi oczekiwaniami i zapowiedziami kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Dzień przed tym przełożonym wcześniej spotkaniem przeglądając wtedy dość modne fora o tematyce bukmacherskiej natrafiłem na ciekawy wpis opisujący zażyłości i relacje na linii A i B. Wiele rzeczy tam się zgadzało, dlatego poważnie zacząłem się zastanawiać, czy ten jutrzejszy mecz może być meczem na niby. Kurs na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem wydawał się być dość atrakcyjny (2,20) więc trzeba było łapać póki czas. Kilka minut przed rozpoczęciem granie na gości (jak sami zobaczycie na załączonym obrazku poniżej) przy nieco bardziej ubogiej wtedy bukmacherskiej ofercie było już po prostu nieopłacalne. Po 20 minutach można było już tylko odliczać minuty do rozliczenia zakładu. Kilka miesięcy później, gdy drużyna A potrzebowała punktów do utrzymania na podobny manewr już się nie zdecydowałem. Możecie tylko zgadnąć, kto wtedy wygrał.

Trzy lata później też na Podkarpaciu doszło do innego, ciekawego zjawiska na boiskach II ligi. Każdy kto śledził los pewnej drużyny z tego regionu zdawał sobie sprawę z możliwości piłkarsko-finansowych klubu, o którym właśnie piszę. Nie każdy mógł jednak przypuszczać, jaki los spotka beniaminka, gdy zderzy się z nową dla siebie rzeczywistością. Może poza najwierniejszymi fanami i jedną osobą, której tożsamości nie udało mi się ustalić. Wiara w tym człowieku była tak duża, że dzień przed meczem próbował zagrać kilka takich samych zakładów (każdy po 5 tysięcy zł.) na zwycięstwo gospodarzy. Bukmacher węsząc podejrzenia zmniejszył kurs i zakłady anulował, a wzbudzająca zaufanie drużyna – co nikogo nie powinno dziwić – oczywiście ten mecz wygrała.

Dziwne, niekiedy mniej lub bardziej podejrzane zjawiska w II lidze wracają jak bumerang.  Wystarczy sobie przypomnieć spotkanie GKS-u Jastrzębie z Olimpią Elbląg rozgrywane jakoś w środku tygodnia. Mecz, który na bukmacherskim rynku generuje łączną stawkę kilkuset euro nagle (w przeciągu niecałej godziny) dobija do rekordowego i niespotykanego wcześniej 90 tysięcy euro. Wszystko oczywiście na to samo zdarzenie z bramkami, które ostatecznie nie powiodło się, ale przypomniało mi, że korupcja nie znika. Ona była, jest i będzie czy to we wspomnianym na samym początku tenisie, w II lidze czy na ławce w parku – wszędzie. Pieniądze, które na każdym kroku dziś sponsorują kluby, sportowców, uchylają co jakiś czas bramę do niebezpiecznego świata, przez którą ktoś (niekoniecznie z Hutnika Kraków) w środę czy niedzielę ukradkiem, niezauważony próbuje przejść.

Hubert Mikusiński