fot. Stomil Olsztyn

22 strzelone bramki, na które złożyły się 3 zwycięstwa gospodarzy, 5 zwycięstw gości i 1 remis. Tak od strony statystycznej prezentuje się zbiorczy bilans zakończonej przed kilkoma godzinami 30 serii gier eWinner II ligi. To już ten etap sezonu, w którym nie ma miejsca na kalkulacje, czy głębsze rozważania, gdzie zarówno w górnej, jak i w dolnej części tabeli każdy zdobyty punkt może być na wagę złota, a porażka bardzo słono kosztować. Tym bardziej zachęcamy do lektury naszego cotygodniowego podsumowania wydarzeń z drugoligowych aren. A działo się wiele…

Powyższy wstępniak idealnie oddaje rangę premierowego spotkania tej kolejki, do jakiego w piątkowy wieczór doszło w Pruszkowie, gdzie marzący o bezpośrednim awansie Znicz, podejmował dzielnie walczące o utrzymanie rezerwy Śląska Wrocław. Finalnie nie bez problemów, ale zwycięsko z rzeczonej konfrontacji wyszedł Znicz, pokonując wrocławian 2:1. Przyjezdni mogą mówić o sporym pechu, ponieważ w końcówce spotkania aż dwukrotnie trafiali w słupek bramki strzeżonej przez Miłosza Mleczkę. Wynik spotkania otworzył w 13 minucie Maciej Frilej, który z dorobkiem 19 trafień pozostaje samodzielnym liderem klasyfikacji strzelców ligi. Przegrywamy mecz, który był dosyć dziwny. Pierwsze 20 minut tak naprawdę nie graliśmy, nie byliśmy na tym meczu, nie wysiedliśmy z autobusu z Wrocławia, który dosyć długo jechał. (…) Gdyby nie pierwsze 20 minut, to kolejne 70 wyglądało całkiem nieźle, gdzie potrafiliśmy długimi fragmentami utrzymywać się przy piłce. Oczywiście rywal był bardzo groźny — dużo jakości i dużo dobrych zawodników. (…) Tracimy dwa gole i tak naprawdę, to trochę zamyka mecz i gonimy cały mecz. Wiadomo, że rywal się trochę cofnął, bo wygrywał, ale na pewno mieliśmy kilka sytuacji, gdzie mogliśmy odwrócić ten mecz — mówił po spotkaniu opiekun przyjezdnych Krzysztof Wołczek. W swoim stylu, czyli z klasą, oryginalnie i nieszablonowo, przebieg spotkania podsumował trener Znicza Mariusz Misiura: W Polsce żyjemy obecnie w czasach, gdzie wszystko ocenia się przez pryzmat wyników. Ja taką osobą nie jestem i oceniam zawsze wszystko przez pryzmat gry. Jeżeli miałbym tę ligę oceniać przez pryzmat gry, to dla mnie Śląsk II Wrocław byłby zespołem w Top 6 ligi. Uważam, że gdyby miał w swoich szeregach np. Macieja Firleja, to na pewno w tym sezonie zajmowałby zupełnie inne miejsce niż ma. (…) Bardzo obawiałem się tego spotkania. Wiedziałem, że będzie trudne nie tylko ze względu na przeciwnika. Każdy z nas oczekiwał 3 punktów, nie patrząc jaką jakość mają ci młodzi chłopcy i jak dobrze są prowadzeni przez trenera. Tym bardziej cieszę się, że stanęliśmy na wysokości zadania i wygraliśmy. Uważam, że pierwsze 20-30 minut zagraliśmy na takim poziomie, jakie obecnie zajmujemy miejsce w tabeli. Bramka, którą straciliśmy, wprowadziła niepotrzebną nerwowość w nasze poczynania i scenariusz się trochę odwrócił, że rywal poczuł, że może coś zrobić. Dziękuję pani prezes Centrum Kultury i Sportu za taką fatalną jakość boiska, bo mogliśmy się na nim łatwiej bronić, więc tym razem podziękuję pani prezes, że tak słabo przygotowała płytę i pomagało nam to w bronieniu. Tak jak ostatnio w Pucharze Polski Legia Warszawa pokazała, że bez strzelonej bramki można wygrać te rozgrywki, tak samo uważam, że my w miarę solidnie graliśmy w tej obronie średnio-niskiej, a momentami niskiej, kiedy nas zdominował przeciwnik. (…) Chciałbym podziękować drużynie, że mentalnie wytrzymała trudy spotkania, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Nie wygrywając tego spotkania, nasze marzenia o pierwszej dwójce gdzieś by się oddaliły, a tak odpoczywając, będziemy szczęśliwi przyglądać się, co zrobią nasi przeciwnicy.

Bardzo wysoka ranga, tym razem stricte w kontekście walki o utrzymanie, towarzyszyła także pierwszemu ze spotkań zaplanowanych na sobotę. Równo o 12:00, na głównej płycie stadionu w Lubinie rezerwy ekstraklasowego Zagłębia podejmowały u siebie Garbarnię Kraków. Ostatecznie tę istotną bitwę, ale jeszcze nie wojnę o utrzymanie 1:0 wygrali „Miedziowi”, po bramce Dawida Pakulskiego z rzutu karnego.

Punkt 17:00 rozpoczęło się pięć pozostałych sobotnich spotkań, spośród których niewątpliwie najwięcej emocji, dramaturgii i zwrotów akcji dostarczyło starcie ekip znajdujących się tuż nad strefą spadkową, w którym mająca za sobą 3 porażki z rzędu Radunia Stężyca podejmowała podbudowanego dwoma zwycięstwami z rzędu Górnika Polkowice. Mimo że do przerwy 1:0 prowadziła ekipa z Polkowic, po końcowym gwizdku arbitra na tablicy świetlnej widniał wynik 2:2, który na dobrą sprawę nie urządza żadnego z rywalizujących zespołów. Wydaje się jednak, że szczególne poczucie niedosytu może towarzyszyć polkowiczanom, a konkretnie Arkadiuszowi Piechowi, który w 84 minucie zmarnował rzut karny.

Kolejny krok w kierunku Fortuna I ligi zrobiła liderująca ligowej stawce warszawska Polonia, która po zeszłotygodniowym remisie z Zagłębiem II Lubin, tym razem nie bez problemów zainkasowała niezwykle cenne 3 punkty w wyjazdowym starciu z GKS-em Jastrzębie. Pierwszy cios, już w 21 minucie wyprowadzili gospodarze za sprawą kapitalnego uderzenia bez przyjęcia osiemnastoletniego Krystiana Muchy, dla którego była to pierwsza bramka w seniorskiej piłce. Z przebiegu całego spotkania zespół Polonii był w stanie oddać na bramkę gospodarzy zaledwie dwa celne uderzenia i… były to dwa (jak się później okazało) zwycięskie gole Michała Bajdura. Należy docenić poświęcenie całej drużyny, bo naprawdę pracowaliśmy jeden za drugiego. Każdy zostawił serce na boisku i myślę, że poświęciliśmy się bardzo mocno, żeby ten mecz wygrać. To się udało, strzeliłem dwie bramki, dlatego super dzień i zostały cztery kroki do naszego wymarzonego celu — mówił tuż po spotkaniu sam zainteresowany. Jesteśmy zawiedzeni rezultatem końcowym, bo czuliśmy się dzisiaj bardzo dobrzy i byliśmy bardzo dobrze przygotowani do spotkania. Niestety wynik jest niekorzystny i nie zdobywamy dzisiaj nawet jednego punktu, a uważamy, że z perspektywy całego meczu i jego przebiegu absolutnie remis byłby co najmniej sprawiedliwym wynikiem, jeżeli nawet nie 3 punkty, które powinny zostać w Jastrzębiu. Nie ukrywam też, że nie jesteśmy do końca zadowoleni z niektórych decyzji, ponieważ były co najmniej 3 kontrowersyjne decyzje na boisku, które uważam miały kluczowy wpływ na wynik końcowy meczu — bez ogródek na pomeczowej konferencji prasowej komentował drugi trener zespołu z Jastrzębia Damian Mikołowicz.

Im bliżej końca sezonu, tym lepiej radzi sobie siedlecka Pogoń, która sprawiła sporą niespodziankę, pokonując na wyjeździe walczącą o udział w barażach Wisłę Puławy 2:1. Dla podopiecznych Marka Saganowskiego był to już 6 mecz bez porażki. Przy okazji tego spotkania warto przez moment zatrzymać się na osobie strzelca drugiej bramki dla siedlczan tj. Damiana Nowaka, dla którego było to już 17 trafienie w lidze i do lidera klasyfikacji strzelców Macieja Firleja (19 bramek) ze Znicza Pruszków, brakuje mu zaledwie dwóch trafień.

Fatalną serię 6 porażek z rzędu (5 lidze + 1 w Pucharze Polski) udało przerwać ekipie KKS-u Kalisz, która pokonała na wyjeździe Hutnika Kraków 1:0 po bramce Mateusza Wysokińskiego, który w 48 minucie strzałem z dystansu zaskoczył niezbyt fortunnie interweniującego w tej sytuacji bramkarza gospodarzy Adama Wilka. Na pewno wszyscy bardzo mocno oczekiwaliśmy tych 3 punktów. Ostatnio mieliśmy taką passę, która nas mocno nie zadowalała i była grubo poniżej oczekiwań, dlatego te 3 punkty są tak cenne. Doskoczyliśmy do czołówki. Myślę, że utwierdzamy wszystkich jak bardzo chcemy walczyć o tą I ligę. (…) Liczyliśmy się bardzo mocno z tym, jak trudne będzie to spotkanie, bo wiedzieliśmy, że Hutnik w ostatnich 5 spotkaniach przegrał tylko jeden mecz i jest to drużyna, która mocno utrudnia życie przeciwnikowi. Myślę też, że w tym meczu troszeczkę uśmiechnęło się do nas szczęście, bo trzeba powiedzieć, że bramkarz (gospodarzy) pomógł nam przy tym strzale, ale dla nas kluczowe jest to, że nie straciliśmy bramki, utrzymaliśmy wynik i zdobywamy 3 punkty — stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej drugi trener zespołu z Kalisza Marcin Woźniak.

Po dwóch meczach bez wygranej, na zwycięską ścieżkę powrócił także Motor Lublin, który pokonał na wyjeździe czerwoną latarnię ligi Siarkę Tarnobrzeg 2:0. Już w 5 minucie spotkania fatalny błąd bramkarza miejscowych Wojciecha Muzyka wykorzystał Sebastian Rudol, a wynik spotkania strzałem z pięciu metrów ustalił Jakub Lis. Mecz stał na dobrym poziomie. Pomimo tego, że bardzo źle weszliśmy w mecz i daliśmy się stłamsić Motorowi w tych pierwszych kilku 10-15 minutach, to uważam, że później w wielu momentach od strony piłkarskiej wyglądaliśmy bardzo dobrze. Zmieniliśmy też strukturę swojego ustawienia. Myślę, że w wielu sytuacjach Motor nie potrafił założyć skutecznego pressingu, ale my graliśmy dobrze tylko na swojej połowie. Wydaje mi się, że po przełamaniu, tej pierwszej czy drugiej linii pressingu, zabrakło nam po prostu jakości z przodu — komentował po spotkaniu trener gospodarzy Dariusz Kantor, dodatkowo (delikatnie mówiąc) nie bawiąc się zbytnio w dyplomację w temacie pracy prowadzącego te zawody arbitra Sebastiana Tarnowskiego… Co do pracy sędziego, to dla mnie tutaj sędzia wypaczył wynik meczu, bo ta czerwona kartka-druga żółta, jeżeli daje Kacprowi Cichoniowi zgodzę się – to Rafał Król również musi dostać żółtą kartkę. Dla mnie niekonsekwencja tutaj aż bije po oczach. Rzut karny w końcówce dla Motoru-jeżeli nie ma rzutu karnego, to jest chyba żółta kartka, to dla mnie wytyczne są proste. Jeżeli sędzia nie potrafi unieść ciężaru takiego meczu, to po prostu nie powinien sędziować na tym szczeblu. W mojej ocenie Motor jest tak dobrą drużyną, że nie potrzebuje pomocy z zewnątrz sędziów, żeby wygrywać mecz z drużyną, która jest na ostatnim miejscu.

W pierwszym z dwóch spotkań zaplanowanych na niedzielę, Stomil Olsztyn pokonał we Wronkach rezerwy poznańskiego Lecha 3:0, śrubując tym samym do 16-tu fenomenalną serię meczów bez porażki, co jednocześnie czyni olsztynian najdłużej aktualnie niepokonaną drużyną na szczeblu centralnym. Uczulaliśmy zawodników, żeby nie patrzyli wyniki ostatnich spotkań rezerw Lecha, bo myślę, że zupełnie są proporcjonalne do tego, jak fajny, groźny i dobry piłkarsko to jest zespół. (…) Bardzo zależało nam na dobrym wejściu w mecz i nie do końca tak było. Myślę, że przeciwnik potwierdził te nasze obawy, prokurując sytuacje, które mogły zakończyć się dla nich lepiej. Z biegiem gry realizowaliśmy to, co chciałem, żeby było widoczne, czyli pokazanie o jaki cel walczy Stomil i przełożyło się to na budowanie przewagi z minuty na minutę. Bardzo fajnie reagowaliśmy po strzelonej każdej z kolejnych bramek. Na pewno drugą połowę mogliśmy otworzyć lepiej i szybciej i można powiedzieć, zamknąć ten mecz. Stało się troszeczkę inaczej, ale słowa uznania dla moich zawodników przez pryzmat 90 minut jak zachowywali się w defensywie i ofensywie. Skuteczność też była zadowalająca, z czego bardzo się cieszę — mówił tuż po spotkaniu opiekun olsztynian Szymon Grabowski. Rozgoryczenia przebiegiem meczu nie ukrywał z kolei trener gospodarzy Artur Węska: Od 4 meczów tkwimy w tym samym momencie, ponieważ dobry początek, dobrych kilka sytuacji, dobra kontrola meczu z piłką i gol dla przeciwnika. Ostatnie 5 minut pierwszej połowy — gol dla przeciwnika. W tym momencie mecze często dla nas się kończą, przeciwnik go zabija — cofa się i kontroluje. Tak było też dzisiaj. (…) Oczywiście przeciwnik miał umiejętności, żeby wykorzystać nasze błędy i jemu gratulujemy, bo to dobry zespół, który dziś jest na drugim miejscu i walczy o swoje cele, co było widać, natomiast nie uważam, że wyglądaliśmy bardzo źle na tle tego przeciwnika.

Na sam finał tej kolejki, doszło do niewątpliwie najciekawiej zapowiadającej się konfrontacji, jeżeli mowa o walorach piłkarskich, charyzmatycznych i barwnych szkoleniowcach obu zespołów oraz rzecz jasna układu tabeli. Po bezbramkowej pierwszej połowie ostatecznie górą byli podopieczni Macieja Bartoszka, którzy zaaplikowali gościom dwie bramki autorstwa Pawła Łysiaka i Kamila Bartosia, dzięki czemu zrównali się w tabeli z zasiadającym na fotelu wicelidera Stomilem Olsztyn, mając jednak z olsztynianami gorszy bilans spotkań bezpośrednich.

Tomasz Figat