Jest pochmurny początek czerwca 2022 roku. Uśmiechnięty od ucha do ucha Ireneusz Pietrzykowski w towarzystwie Wojciecha Śmiech (byłego dyrektora sportowego klubu) stąpa w sportowym obuwiu po murawie tarnobrzeskiego stadionu. Rozmawia z zawodnikami, żartuje z trenerami, podpytuje dziennikarzy – kompletnie nie daje po sobie poznać, że za chwilę ma się rozpocząć jedno z najważniejszych spotkań w jego dotychczasowej, trenerskiej karierze. Prowadzony przez niego ŁKS Łagów jest rewelacją III ligi, nieustannie depczącą po kostkach Siarce Tarnobrzeg, z którą na trzy kolejki przed końcem ma taki sam bilans punktowy. Mecz, który za chwilę ma się rozpocząć najprawdopodobniej zadecyduje, kto uda się w drogę do II ligi, a kto za kilka miesięcy będzie musiał zaczynać wszystko od nowa.

Goście w Tarnobrzegu znacznie lepiej wchodzą w to spotkanie. Częściej goszczą na połowie przeciwnika, ale nieco przytłoczona wagą meczu Siarka odpowiada wypadem z własnej połowy, który kończy się rzutem karnym. Gospodarze nie wykorzystują swojej szansy, która paradoksalnie pomogła im jeszcze bardziej w kolejnej akcji, gdy z boiska z powodu czerwonej kartki wyleciał Krystian Szymona, a kolejny strzał z wapna na gola zamienia Iván Agudo. Ponad 70 minut w osłabieniu – awans z minuty na minuty Pietrzykowskiemu i spółce zaczyna się wymykać z rąk, a gdy Łagów traci tzw. gola do szatni staje się powoli jasne, że już nic nadzwyczajnego w tym meczu się już nie stanie. Gospodarze świętują, a Pietrzykowski na konferencji składa (jak się później okaże słuszne) gratuluje przeciwnikowi awansu.

Kilka miesięcy później Ireneusz Pietrzykowski zaczyna w Łagowie wszystko na nowo, i co istotniejsze konsekwentnie podąża w wyznaczonym II ligowym kierunku. Po falstarcie w Dębicy jego zespół wygrywa osiem spotkań z rzędu i nie ponosi porażki przez kilka miesięcy, aż do ostatniego spotkania z Wieczystą Kraków – jak się okaże ostatniego na tym poziomie rozgrywkowym, z którego Łagów zimą był zmuszony się wycofać. – Niestety to już koniec. Dziękuję ŁKS Łagów i Marek Brudek za piękne cztery lata. Przypomnę zaczynaliśmy w styczniu 2019 roku w strefie spadkowej 4 ligi świętokrzyskiej, a dziś jesteśmy liderem 3 ligi IV grupy – zakończył Pietrzykowski, który na świętokrzyskiej, piłkarskiej pustyni budował projekt, z którego do dziś może być dumny.

Trenerskie bezrobocie Ireneusza Pietrzykowskiego po dwóch miesiącach przerywa telefon ze Stalowej Woli od Wisława Siembidy – prężnie działającego prezesa Stali, który bez żalu w marcu pożegnał Łukasza Surmę. Siembida misję powrotu do II ligi powierzył człowiekowi, który zdążył poznać słodko-gorzki smak III ligowych rozgrywek. Rozgrywek, w których po wielu latach spędzonych na poziomie centralnym utknęła Stalówka. Pietrzykowski oczywiście zdawał sobie sprawę na jakie pole minowe trafia (czyt. ponad 30 trenerów w XXI wieku), ale zbyt długo się nie zastanawiał. Spakował trenerski bagaż. Zabrał ze sobą kilku swoich zaufanych ludzi z Łagowa w osobach Piotra Rogali i Adama Imieli, a później dorzucił jeszcze Kacpra Chełmeckiego i zaczął od zwycięstwa w Chełmie. Później na drodze pojawiła się Wieczysta i wielki niedosyt z powodu straconej bramki na 1:1 w samej końcówce. Kolejna – wydawać by się mogło – niełatwa przeszkoda po Siarce, która swój klucz do II ligi zgubiła w najmniej spodziewanym momencie. Po nieoczekiwanym remisie w Sandomierzu piłkarski los zdawał się więc uśmiechać do Pietrzykowskiego i jego zespołu. Stalówka mimo nieoczekiwanej porażki w Ostrowcu Świętokrzyskim swojej szansy już nie zmarnowała i po trzech latach awansowała z powrotem do II ligi.  Gratulacje z ust trenera i tym razem popłynęły w kierunku najgroźniejszego rywala, ale już z powodu zajęcia 2 miejsca.

Nieszczęście Łagowa stało się więc szczęściem Stali, która w roli beniaminka (niezależnie od końcowego rozstrzygnięcia) zdała ligowy egzamin, choć początek nowego sezonu mógł na to nie wskazywać. Pojawiające się pomruki niezadowolenia z kadrowych zmian po awansie. 15. miejsce po 7 kolejkach i skandowane po porażce z Sandecją Nowy Sącz słynne ”co Wy robicie” zdawały się podważać pomysł i pracę Ireneusza Pietrzykowskiego, który wszystkie wydarzenia po 1/4 sezonu skomentował z dużą klasą i spokojem w następujący sposób…

Od tamtej pory Stalówka przy Hutniczej konsekwentnie zaczęła budować swoją własną twierdzę, gdzie wygrać udało się tylko nielicznym (Stomil, Radunia i KKS Kalisz). Na etapie 22. kolejek, podopieczni trenera Pietrzykowskiego mieli na swoim koncie już więcej punktów niż ich odwieczny rywal zza miedzy przez cały poprzedni sezon. Beniaminek do wszystkich tych zdobyczy dorzucił jeszcze coś więcej – przyjemny dla oka styl gry, opierający się w większości spotkań na przewadze w operowaniu piłką oraz nieocenioną dla tej ligi, dodatkową wartość na trybunach. Oddany do użytku w 2020 roku stadion wreszcie doczekał się więc drużyny, jakiej Stalowa Wola dawno nie oglądała i trenera, który jako jeden z niewielu w ostatnich latach zachował ciągłość swojej pracy. Całościowy jej efekt poznamy w tym tygodniu.

Hubert Mikusiński