
Województwo świętokrzyskie – przez lata piłkarska pustynia, na której w ostatnim czasie, kilka klubów próbowało wybudować stabilną piłkarską konstrukcję. Początkowo niektórym ligowym inżynierom – z lepszym bądź też gorszym skutkiem – nawet się to udawało. W Skarżysku-Kamiennej mieli kiedyś największy stadion, posiadający 25 tysięcy miejsc. Swoje pięć minut na piłkarskim niebie miał meteoryt, jakim było Heko Czermno. W Ostrowcu Świętokrzyskim, przy mocnym wsparciu huty gościła nie tylko największa w Ekstraklasie publika, ale również zawsze zwycięska wtedy reprezentacja Polski. W Kielcach, gdzie Krzysztofowi Klickiemu z prasy drukowanej udało się postawić piękny stadion przez lata dorobili się renomy na szczeblu centralnym. Jeszcze inni, jak Wisła Sandomierz, czy nie tak dawno ŁKS Łagów w pocie czoła próbowali wznieść się na II-ligowym poziom rozgrywkowy, aby ostatecznie zostać pokonanym przez klubową suszę. Dziś, na świętokrzyskich ugorach, pełnych kontrastów i pięknych krajobrazów próbuje odrodzić się KSZO.
Po przegranym barażu o II ligę przez Wisłę Sandomierz i zarazem klubowej katastrofie, jaka w ostatnim czasie nawiedziła miasto Ojca Mateusza oraz smutnym zakończeniu piłkarskiego projektu w Łagowie (trzy lata temu lider rozgrywek III ligi gr.IV) i powrocie na III-ligowe rewiry Staru Starachowice, dziś w województwie świętokrzyskim (poza Koroną Kielce) najwięcej do powiedzenia zdaje się mieć właśnie KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Przynajmniej tak wynika z tego, co oglądaliśmy w ostatnim czasie, a zwłaszcza w weekend. Klub, który u większości z nas wywołuje pewne wspomnienia – jak nie ligowe, to na pewno te reprezentacyjne (pamiętne 5:0 z San Marino) wybudza się po latach niczym wulkan. Jego prawdziwa, piłkarska erupcja nastąpiła w sobotę przy świetle jupiterów, kiedy to mocno pokiereszowane, krwawiące w ostatnich latach pomarańczowo-czarne serca zabiły znacznie szybciej niż zwykle.
Wszystko to za sprawą drużyny, jaką w dość krótkim okresie czasu udało się stworzyć Radosławowi Jackowi – trenerowi, który przez ostatnie lata w Unii Tarnów, mając bardzo ograniczone zasoby ludzkie potrafił zaskoczyć nie jednego rywala swoją odważną grą. W sobotę jego zespół będący wiceliderem rozgrywek, mając na koncie imponującą serię 14 spotkań bez porażki i na rozkładzie Siarkę Tarnobrzeg (3:0) oraz Podhale Nowy Targ (1:0), meczem z Sandecją Nowy Sącz atakował ligowy szczyt. Szczyt tabeli, który jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się być poza zasięgiem tego klubu. Szczyt nieosiągalny dziś dla wielu ekip, które przed sezonem, z sakwami pieniędzy zdawały się ustawiać w kolejce do awansu przed klubem z Ostrowca Świętokrzyskiego.
Tymczasem to właśnie KSZO przez ostatnie tygodnie stwarza największe zagrożenie dla Sandecji Nowy Sącz – dzierżącej pozycję lidera rozgrywek od kolejki numer sześć. W sobotni wieczór na drodze rozpędzonych gospodarzy stanął słowacki bramkarz Martin Polaček, a wraz z nim cała gromadza zawodników, napakowanych ligowym doświadczeniem z II ligi na czele z Rafałem Wolsztyńskim, który jak przystało na prawdziwego króla strzelców w sobotę rozpoczął strzelanie. Zakończył je Kacper Talar w swoim stylu, w samej końcówce. Dosłownie chwilę po tym, jak po golu niezawodnego w tym sezonie Dominika Pisarka (12 gol) Ostrowiec Świętokrzyski odzyskiwał wiarę w coś więcej niż tylko jeden punkt. Lider, o którym zwykło się mawiać, że ligę wygrywa się spotkaniami z dolną częścią ligowej tabeli po raz kolejny (po Siarce czy Chełmiance Chełm) dopchnął trzy punkty na swoją korzyść i powiększył przewagę nad KSZO i nie tylko KSZO, bo punkty w weekend zgubiło również Podhale Nowy Targ oraz Siarka Tarnobrzeg.
Mimo porażki KSZO i nade wszystko zgromadzona wokół klubu publika tchnęła optymizm na przyszłość w region, gdzie losy klubów układały się w ostatnich latach bardzo różnie. – Ludzie, którzy są tutaj wiele lat mówili, że nie pamiętają takiego meczu – powiedział nam dyrektor sportowy klubu Kamil Bartoszuk. W Ostrowcu Świętokrzyskim udało się więc wylać piłkarskie fundamenty pod coś innego niż tylko nudna, III-ligowa teraźniejszość. W Starachowicach też udało się postawić nowy stadion, a do pewnie kroczącej po ligę z symbolem bukmachera Spaty Kazimierza Wielkiej udało się ściągnąć samego Tomasza Jodłowca. Świętokrzyska, piłkarska pustynia wreszcie ożyła – oby tylko to nie był krótki sen.
Hubert Mikusiński