Świdnik – miasto na piłkarskiej mapie Polski od Ekstraklasy do III ligi w pewien sposób szczególne. Obok Krakowa, Poznania, Wrocławia, Łodzi, Rzeszowa i Gorzowa Wielkopolskiego posiadające w granicach swojej aglomeracji dwa kluby piłkarskie w jednej lidze i co za tym idzie miejscowe DERBY. Ligowym grzechem byłoby więc przegapić taką okazję i nie odhaczyć kolejnego punktu na naszej mapie Ligowca – następnego po Puławach, Lublinie i Łęcznej na Lubelszczyźnie, gdzie piłka nożna po latach naznaczonych biedą chce odzyskać należytą godność.

W mieście wysokich lotów (hasło reklamujące Świdnik), gdzie już na wjeździe przywitał nas przelatujący śmigłowiec, ludzie na słowo piłka nożna mimo wszystko częściej reagują z obojętnością niż rozpromienieniem. Trudno im się dziwić, gdy popatrzy się w kierunku Avii, która swój ostatni awans świętowała w 2005 roku i po raz 16 z rzędu gra w każdym sezonie nowej III ligi. Nastawienia blisko 40 tysięcznej, lokalnej ludności nie zmieniła w Świdniku więc ani wieloletnia historia, ani tym bardziej wyniki i sukcesy, które jak za chwilę zauważycie, na przestrzeni ostatnich sezonów w przypadku Avii i Świdniczanki znacząco odbiegają od siebie. Wyjątek stanowią tu właściwie tylko wybrane spotkania, jak to z Wieczystą Kraków i rzecz jasna derby pomiędzy Świdniczanką i Avią, które mimo łącznej, ponad 130-letniej historii obu klubów są pewnego rodzaju nowością w tym mieście. O tych pierwszych będzie jeszcze okazja wspomnieć. O drugich najszybciej chciałaby zapomnieć silna kadrowo jak nigdy wcześniej Avia, która na własnym terenie jesienią dała się zaskoczyć (czyt. porażka 1:3). O tych sobotnich za chwilę…

Przechadzając się ulicami Świdnika, wchodzimy w blokowiska, spośród których wyłaniają się świecące tu od czasu do czasu jupitery. Widok nietypowy, bo mało który obiekt piłkarski (poza tym w Jastrzębiu) znajduje się pomiędzy blokami. Niektórzy, zdezorientowani ludzie (zwłaszcza Ci, którzy w tym mieście mieszkają od niedawna) czasami zastanawiali się, co tak naprawdę się tu dzieje. A dzieje się naprawdę sporo, bo budowana za prywatne pieniądze piłkarskich wariatów i pasjonatów, Świdniczanka, od ośmiu lat pnie się do góry. Mieszkańcy Świdnika i właściciele dwóch firm (Sawa i Klastmed) Giuseppe Nigro oraz Grzegorz i Tomasz Żuchnikowie, chylącemu się ku upadkowi klubowi dali nie tylko zastrzyk miejskiej kroplówki własnej gotówki, ale przede wszystkim nowe – jak się później okazało – lepsze życie, z którego Świdnia (przydomek miejscowych) dziś czerpie swoją ligową radość. Warto zaznaczyć, że swoją symboliczną cegiełkę (głównie we wsparciu Akademii) dokładają mniejsi sponsorzy oraz miasto i powiat.

Dziś, u zbiegu ulic Kosynierów i Turystycznej, to lepsze niż kiedyś życie, III ligowemu beniaminkowi układa kilka osób. Wśród nich jest spinający organizacyjnie wszystko w całość, pracujący po swojej innej, codziennej pracy prezes Paweł Walczak, trener Łukasz Gieresz, przez lata związany z Avią oraz m.in. Tomasz Lenart (trener przygotowania motorycznego) znany niektórym, jako LENY. To właśnie on, w jednym ze swoich kawałków leci z przekazem, aby odnaleźć tych prawdziwych i zyskać m.in. luz i swobodę. W Świdniczance tych prawdziwych, związanych z Lubelszczyzną jest praktycznie cała kadra.

Od Pawła Sochy i Krystiana Krupy w bramce, przez młodzieżowców i wychowanków Motoru Lublin (Futa, Kutyła, Kuchta) oraz kapitana Mateusza Piechala, aż po dwóch Michałów – Zubera i Palucha. Z tym ostatnim (również wychowankiem Motoru i bohaterem historycznych derbów Świdnika rozgrywkach w pucharowych rozgrywkach) związana jest pewna historia, która w pewien sposób mocno rozsierdziła kibiców Avii. – Jesienią, przed derbami kibice Avii stworzyli pewnego mema. Widniał na nim herb ich klubu wciągający makaron więc nawiązanie było wiadome, a Michał Paluch po samobójczym trafieniu Tomasza Midzierskiego na 2:1 pokazał w kierunku trybun gest zjadanej z talerza potrawy – wspominają Marcin i Krystian – ludzie, którzy w należyty sposób opakowują Świdniczankę na klubowej stronie i profilach.

W sobotnie popołudnie obyło się już bez takich historii, choć derbową i chyba trochę niepotrzebną wrogość nie tylko do Palucha dało się wyczuć w powietrzu. Zgodnie z panującym w Polsce (poza pewnymi wyjątkami) piłkarskim klimatem, derbowy mecz w Świdniku przyciągnął na pobliskie balkony, do okien i przede wszystkim na kameralny, niezwykle klimatyczny obiekt największą publikę od meczu z Wieczystą Kraków, toczonego w potwornej ulewie. – Sławek Peszko podkreślił u Was na kanale dobrą jakość naszej murawy, co jest faktem. My pamiętamy również, że były u niego lekkie obawy, czy w ogóle to spotkanie się odbędzie, gdy zobaczył spływającą z wszystkich ulic wodę więc może też stąd taka słabość do tego, naszego boiska – opowiadali z uśmiechem na twarzy Marcin i Krystian, którzy odsłonili nam Świdniczankę Świdnik z każdej możliwej strony, za co jeszcze raz słowa uznania i podziękowania.

Druga w tym roku wizyta LIGOWCA na Lubelszczyźnie, podczas nieco innych derbów niż te w Łęcznej pomiędzy Górnikiem i Motorem na boisku zakończyła się takim samym wynikiem. Bramkowy remis i podział punków w derbach nigdy nikogo nie może satysfakcjonować – nawet, gdy gra beniaminek z (chyba już można to napisać) byłym pretendentem do awansu. Świdniczanka pozostała więc niepokonana w derbach Świdnika (dwa zwycięstwa i remis) i co istotne po nie najlepszym starcie w 2024 roku zaczęła wreszcie zbierać cenne punkty wiosną. Avia poza meczem z Tarnowie wciąż je gubi – nawet kilkadziesiąt metrów od własnego domu. Coś nam się więc wydaje, że ciąg dalszy historii jednego miasta, jednej ligi i dwóch klubów nastąpi w Świdniku również w kolejnym sezonie na poziomie III ligi. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Takie momenty i rywalizacje nakręcają i pobudzają zainteresowanie – nie tylko wśród sąsiadów z okolicznych bloków.

Hubert Mikusiński